Będąc w Turcji poznałem warszawiaków


O tym jak „wielkie” i „małe” mają ze sobą więcej wspólnego niż jedno i drugie ze „średnim”, czyli o tym jak duża jest Warszawa, ale jak mali ludzie.


Co się stało

Jestem w Turcji. Wyjazd służbowy na targi branżowe. Wśród kompanów organizatorzy naszego stoiska i gospodarze w postaci przedstawicieli instytucji reprezentującej przedsiębiorców. Młodzi ludzie w wieku plus minus 4 lata względem mojej trzydziestki. Czwórka moich kompanów mieszka i pracuje w Warszawie – jeden z nich jest przyjezdny od czasów studiów, pozostali zaś od zawsze lub od dziecka, więc całe życie.

Po pracy wypad na kolację a potem spotkanie w hotelu przy piwie i rozmowy różniste. W międzyczasie żarty z przaśnego Podlasia i faktu, że stamtąd pochodzę. Że od dwóch lat leci u nas „Moda na sukces”, albo że po ulicach biegają niedźwiedzie. Sam inicjuję większość żartów, bo uważam koncepcję za śmieszną, a ponadto kto byłby lepszy w przerysowywaniu rzeczywistości regionu.


Czego się dowiedziałem

Teraz rozmowa się zmienia i słyszę opinię popartą przez troję z warszawiaków o tym, że napotykają przyjezdnych, którzy narzekają na Warszawę i robią to ostentacyjnie – na brud, zanieczyszczenie, ludzi, korki itp. – generalnie mankamenty dużego miasta. Ich zgodna ocena: „to po co przyjechałeś? To wracaj tam skąd jesteś i nie narzekaj, nie masz prawa”. Oczywiście zgadzam się z faktem, gdy ktoś będąc poniekąd gościem obraża domostwo i robi to ostentacyjnie i nietaktownie, a nawet chamsko, to zasługuje na negatywną ocenę, a nawet reprymendę. Natomiast w tym przypadku, choć takie zachowanie inicjuje niechęć, to jednak chodzi bardziej o taki właśnie stosunek, a nie jego artykułowanie. Po prostu odbiera się prawo do negatywnej oceny.

Można nie wnikać i uznać to za snobizm warszawiaków, który jest jednym z elementów postaw bazujących na stereotypach. Moi rozmówcy są jednak refleksyjni wskazując, że przecież większość to napływowi, że rozumieją fakt priorytetów w postaci lepszej uczelni lub pracy, które to rekompensują temu narzekającemu wszelkie niedogodności, ale jednak prawa do narzekania mu jakby nie dają.


Co mi się przypomniało

Wspominam o moich przypadkach. Kolega który przyjechał do Polski wcześniej pracując w Anglii za dobre pieniądze narzekał na brak perspektyw i trudną sytuację, kiedy to przejadał oszczędności nie mogąc znaleźć satysfakcjonującej pracy, a co ważne, przyjechał do dziewczyny która miała dzieciaka z poprzedniego małżeństwa – wypada w takiej sytuacji być materialnie ustawionym. Wszyscy na około, ona, ja i inni jego bliscy namawiali na większą aktywność, inicjowali akcje, sam nawet poleciłem go do pracy, którą dostał. Niestety poddał się swojemu narzekaniu i powrócił do Anglii niejako marnując 3 lata z życia młodej matki, która miała i ma poczucie konieczności ustabilizowania życia w obliczu już doświadczonych perturbacji. Nikt mu nie odbierał prawa do narzekania, a wręcz przeciwnie – wstawiał się za nim, pomagał, próbował zmienić jego zdanie.

Przypadek drugi – koleżanka za studiów, która do Białegostoku przyjechała właśnie w tym celu. Narzekała, że gdy kąpie się to białostocka woda powoduje uczulenia, hałas na ulicach ją irytuje, kaszle gdy dłużej pobędzie w mieście, musi sprawdzać pieczątki na jajkach w spożywczaku, a przecież w domu rodzinnym mieli kury, krowy, kawałek pola. Zaznaczam, że w Białymstoku jest dużo drzew i parków, nie ma nawet odrobiny smogu, jak też woda jest bardzo czysta – te parametry dały nam wszak miano zielonych płuc Polski. Na ten przypadek reagowałem ja i moi znajomi postawami w stylu – faktycznie, fajnie byłoby wyjść na ganek domu i wypić o poranku kawę w słońcu, pod szumiącym drzewem w otoczeniu ćwierkających ptaków, a nie robić to samo w kuchni blokowej lub na sedesie, ale dodawaliśmy, że nie jest tak źle, tylko najwyraźniej ma mniejszą tolerancję za fakt innego stylu życia. Wolałbym też mieć codziennie dostęp do świeżego naturalnego jaja lub mleka i pić wodę prosto z kranu. Gotowi byliśmy jednak słyszeć o korzyściach mieszkania na wsi i namawiać do zaproszenia nas, co z resztą w tym przypadku się niejednokrotnie udało. 


Jak to oceniłem

Postawa stereotypowa, z którą się nie spotkałem, choć w wielu miejscach można o niej się dowiedzieć, to niechęć do miastowych, którzy wizytują wieś lub tym bardziej się tam osiedlają. „O! Pan przyjechał, kupił naszą ziemię”, a żona jego krowy nie dotknie bo się boi pobrudzić – jak z tych głupich programów, gdzie zamieniają się życiami zapracowane dziewczyny ze wsi z wielkomiejskimi paniusiami. Bo jest inny, bo niby lepszy. Jakież to podobne do wcześniej opisanej niechęci. A przecież jedni i drudzy powinni stanowić kontrast – zamknięta małomiasteczkowość z wielkomiejską otwartością i ciekawością ludzi. Byłem zaskoczony taką postawą.

Słysząc takie oceny pozwoliłem sobie wspomnieć o moim ostatnim doświadczeniu. W Warszawie musiałem być na godzinę 8:00 w amerykańskiej ambasadzie, bo wyrabiałem wizę. Pojechałem wczesnym pociągiem, bo z dworca do ambasady idzie się około 20 minut, więc rozwiązanie optymalne. Spacerując ulicą widziałem bezdomnego lub menela podczas porannej toalety – opierając się o drzewo najpierw na nie zwymiotował, a następnie zatykając jedną dziurkę nosa strzelał smarkami na chodnik. Widziałem pana sikającego na ścianę budynku. Na chodnikach wymiociny, butelki, rozwalone jedzenie itd. Generalnie przerażający i obrzydzający syf, który wykraczał poza domenę dużej metropolii, a zdecydowanie wynikał z faktu postaw ludzi wobec miejsca w którym mieszkaniu. Wracając z ambasady ponad godzinę później już było zdecydowanie lepiej, ale ten pierwszy widok, już w świetle dnia, choć o poranku między 7 a 8 rano, był odrażający.
Nie uznaję doświadczenia za regułę, nie wspomniałbym nawet w każdych innych okolicznościach, ale ta niechęć i ujmowanie praw obcym mnie sprowokowało. Opisałem akcję neutralnie, bez emocji, choć wskazując na brzydotę obserwacji, ale ją jednak opisałem.


I koniec

Z tego by wynikało, że niechętne warszawiaków postawy wobec obcych, objawiające się przyznawaniu mniejszych praw do ocen i artykułowania wad, są analogiczne do ostracyzmu wobec wielkomiejskich obcych, jaki mogą odczuć sprowadzając na wieś lub do małego miasteczka. Tak to okazuje się, że ci z małej zbiorowości są podobni do mieszkańców dużych miast, ale odstają od nich ci, którzy są niejako między jednymi i drugimi. Są blisko jednego i drugiego, mają po części doświadczenia obu stron. Obserwacja jest uogólnieniem z ryzykiem bycia nadmiernym, ale w danym przypadku analogia jest.

Teraz już nie będę tak otwarty na żarty z Podlasia, bo obawiam się, że wynikają z chamstwa i złudnie za wysokiej samooceny dyktowanej ignorancją i brakiem doświadczeń. A w innych kwestiach jawią się jako inteligentni, liberalni i otwarci, ale dystansu jakby brak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.