Moja najdłuższa podróż, czyli doba na skraju


Tym razem opowiem historyjkę, która spotkała mnie niecałe pół roku temu. Historyjka składa się z elementów zaplanowanych, które już same w sobie są ciekawe, oraz części stanowiącej przypadek, a ta część to już niemal przesada. Dla mnie ważne w niej jest to, że w obliczu bardzo niekomfortowej i stresującej sytuacji zachowałem się w taki sposób, o jaki sam siebie bym nie podejrzewał. A jednak, i do tego na szczęście, skuteczny.


Jakiś czas temu wspomniałem, że zmieniłem pracę. To jest powód dla którego nie pojawiają się nowe teksty – nie mam na to czasu. Praca wymaga podróżowania w niekiedy odległe części świata i przesiadywania w biurze od 8 (to standard) do 16 (to mój rekord) godzin dziennie. Dopowiem, że tak jak zazwyczaj kończący się rok kalendarzowy zamykałem z maksymalnie 2-3 dniami urlopu, tak teraz nie wykorzystawszy go wcale zarobiłem ok. 6 dni do odebrania za spędzanie weekendów w podróży lub w pracy. Za długa ta dygresja. Idziemy dalej.

We wrześniu 2017 miałem taki plan – drugi tydzień miesiąca w Kazachstanie, a bezpośrednio po tym tydzień w Singapurze, z tym że podróż pomiędzy obiema lokacjami przez Polskę, gdyż wylot do Singapuru był zorganizowaną wycieczką z biletem grupowym, do której musiałem się dostosować. No trudno, to sobie polatam – pomyślałem. A zatem plan był taki:
1) lot Ałmaty – Kijów, 5 h 30 min + 45 min postoju,
2) lot Kijów – Warszawa, 1 h 30 min + 5 h postoju zanim zbierze się grupa, a potem ponad 2 h do lotu,
3) lot Warszawa – Doha, 5 h 30 min + 3 h przerwy,
4) lot Doha – Singapur, 8 h.
To daje ponad 30 godzin podróży od momentu pierwszego startu, z czego ponad 20 godzin w powietrzu. Dodam, że pierwszy lot zaczynał się o godzinie 5 rano po poprzednim dniu ciężkiej pracy i niestety nieprzespanej przez wizję podroży nocy. Zatem gdy zacząłem 30-godzinną podróż byłem już 23 godziny na nogach. Taki był plan.


Lotnisko w Ałamatach

Na lotnisku czułem się jak Kathleen Turner w autobusie w filmie "Miłość, szmaragd i krokodyl".

Już zmęczony pojawiłem się na lotnisku. Podróżując samotnie udało mi się podczepić pod grupę polaków, którzy do momentu pojawienia się w Warszawie mieli zaplanowaną podróż dokładnie taka samą jak moja. Super, mam kompanów. Bagaż zdany, a ja wymacany – idę czekać. Niestety lotnisko w części przeznaczonej dla pasażerów do oczekiwania było niewielkie. Tłoczyły się dziesiątki mieszkańców Chin, Rosji, Indii i wielu więcej. Kobiety karmiące piersią dziecko osłonięte chustą, gdzie kolejnych pięcioro dzieci płakało, krzyczało i biegało w kółko. Inni wyciągają jedzenie sojowo-curry’owe i jedzą ręką roznosząc zapachy nader intensywne. Część osób śpi leżąc na kilku siedzeniach jak na ławce z zasłoniętymi kurtkami głowami, ale też bez butów i skarpet. Byłem w lekkim szoku. Brakowało starego araba z kozą albo przekupki z szamoczącymi się kurami w klatkach z wikliny. W takich warunkach mam czekać. No cóż. Czekam.

Bramka została otwarta, ludzie idą. Stojąc na schodach i w korytarzach czekamy już za długo. Na zegarku godzina odlotu, a ja nadal w kolejce na schodach. Nie stresuję się nadmiernie, gdyż jestem w tej samej sytuacji co inni, nic z tym nie jestem w stanie zrobić, mam w świadomości 5 godzin zapasu w Warszawie, a ponadto jestem zmęczony, choć czujny. Wsiedliśmy na pokład i już wiem, że spóźnimy się na lot z Kijowa, gdyż 45 minut czasu na przesiadkę już zużyliśmy na spóźniony lot do Kijowa. Przynajmniej lecimy.


Lotnisko losowe

Lot przebiega gładko. Nieco zaniepokojony nie zasnąłem. Odliczyłem czas przewidziany na podróż i czuję, że przedwcześnie zniżamy lot. Może nadgoniliśmy, bo pilot wrzucił wyższy bieg? No raczej nie, ale może wrażenie błędne. Lądujemy, kołujemy, a za oknem napis – Odessa. Coś mi się nie zgadza. Nim samolot zatrzymał się całkowicie pilot informuje, że ze względu na silne wiatry mieliśmy międzylądowanie w Odessie. Prosi aby nie odpinać pasów na czas tankowania paliwa i niebawem startujemy. Niebawem trwało godzinę. To daje nam 1 godzinę i 45 minut opóźnienia z 5 godzin zapasu jaki mam w Warszawie. Startujemy, lecimy krótko, gdyż większość czasu się wnosiliśmy lub obniżaliśmy lot. Wylądowaliśmy w Kijowie. W końcu sukces, choć ze świadomością, że nasz samolot do Warszawy od ponad godziny jest w powietrzu. Jednak trudności dopiero się zaczynają.


Bagaż emocjonalny

Czekamy przy taśmie która ma wypluć nasze walizki. Stanąłem w pobliżu moich polaków, żeby czuć się raźniej. W mojej walizce są majtki, koszule, garnitury i inne, które służyły mi przez ostatni tydzień, oraz te które mają mi posłużyć przez kolejny. Taśma rusza. Po chwili wypluwa jedną walizkę, chwilę później drugą, trzecią i moją. Mam, jestem w komplecie. Po piątej walizce taśma się zatrzymała. Staliśmy z pół godziny wzburzeni, ja czekając na polaków w świadomości, że w kupie siła, choć jedziemy na innych wózkach, gdyż ja przynajmniej mam już walizkę. W grupie tych polaków był pilot ich wycieczki. Pytam się, czy ma doświadczenie z ukraińskimi liniami lotniczymi, czy wie jaką mają procedurę. W głowie mam nikłą nadzieję, że może ten drugi lot opóźnili ze względu na nas, ale z drugiej strony z przekonaniem, że na tej trasie lotów musi być kilka na dzień. Mam jeszcze zapas 2 i pół do 3 godzin do zbiórki (zapas to znaczy czas nadwyżkowy ponad ten wymagany na sam lot z miejsca w miejsce). Pan pilot mówi „przenocują nas, nie ma aż tylu połączeń a to dla nich najtańsze wyjście”. Zimny pot na plecach mych poczułem. Zakręciłem się przestraszony rozglądając w lewo, potem w prawo, aż zdecydowałem. Pożegnałem się z współpasażerami i ruszyłem na główną część lotniska aby walczyć o… repatriację?


„Pобота не вовк”, czyli „robota nie zając”

Akt I – coś, ale nic
Jestem zirytowany, ale zmotywowany. Choć jadę na oparach, to na wysokich obrotach. Szybko podążam z moją kółkowaną walizką pomiędzy ochroną ukraińską i najpewniej służbą straży granicznej ze wzrokiem „a niech mnie który zatrzyma”, gotów do przegrania ewentualnej walki. Wjeżdżam schodami na piętro i rozglądam się. Widzę miejscówkę do zdawania bagażu bez kolejki – był to jeden z końców lotniska z małą liczbą pasażerów i jedyne miejsce gdzie jest ktokolwiek z obsługi. Jestem zirytowany i zmotywowany. Podchodzę z przekonaniem, że jak jestem na lotnisku to po angielsku się dogadam. Gadam o co mi chodzi, że lot się opóźnił, że było międzylądowanie, że części osób bagażu nie oddano, ale mój jest, że potrzebuję dostać się do Warszawy i że mam kolejny lot ok. 18 czasu polskiego do Singapuru przez Doha. Pan średnio zrozumiał, ale najwyraźniej wiedział co się stało i o co mi chodzi i wydał bilet – jedyny jaki mógł mi dać w zastępstwie nieodbytego lotu do Warszawy. Przylot do Warszawy o 19:20 czasu ukraińskiego. Wylot z Warszawy mam o 18:20 czasu polskiego. Mając na uwadze różne strefy czasowe to jest dokładnie ten sam czas. Uśmiechnąłem się do pana i poinformowałem, że to nie rozwiązuje mojego problemu i czy mogę uzyskać coś więcej. Niestety nie. Poleca mi zgłosić się do informacji lotniska. Tam za mną, w okienku.

Akt II – nie moja sprawa
Jestem zdenerwowany i zadziorny. Kołuję do kolejnego celu. Przy nim słyszę rozmowę dwóch mężczyzn z panią z okienka – obaj są polakami, ale jeden zna i tłumaczy na rosyjski interes obu. Mają taki sam problem jak ja, ale z bonusem – nie mają walizek. Podchodzę i mówię o co mi chodzi. Pani, całkiem nieźle władając językiem angielskim odpowiedziała, że nie jest w stanie mi pomóc i poleca mi pójść do okienka linii lotniczych Ukraine International Airlines. A gdzie? Tam – piętro wyżej, na drugim końcu lotniska (sic!). Podziękowałem bardzo niewdzięcznie i ruszyłem.

Akt III – ostateczne starcie
Nie zwracałem na nic uwagi. Moja walizka była dość duża, gdyż musiała pomieścić ubrania na kilka formalnych okazji oraz dwa tygodnie popołudniowych spacerów zarówno po ciepłym Kazachstanie (20-25°C; warunki jak ciepła jesień w Polsce) jak też upalnym i o skrajnej wilgotności powietrza Singapurze (30-35°C, 80%-owa wilgotność powietrza – wrażenie jakby się wchodziło do małej łazienki, w której ktoś przed chwilą wziął gorący prysznic, ale o tym napiszę przy innej okazji).

Joe Pesci w jednej z moich ulubionych scen z jednego z moich ulubionych filmów "Kasyno".Z tą walizką szybkim, wku*wionym krokiem wędrując przez lotnisko zwracałem uwagę jedynie na siebie, nie mierząc zbytnio czy kogoś nie trące w nogę bagażem, nawet jeśli byłoby to dziecko. Doszedłem zziajany i widzę pięć okienek wspomnianych linii lotniczych. Przy piątym widzę znajome, polskie twarze. Przy każdym stoi po 5-7 osób, ale nie przy okienku środkowym, trzecim – tam kolejki nie ma. Sytuacja wygląda jak z jakiegoś kabaretu – za okienkiem z dziurą siedzi wymalowana Ukrainka w dojrzałym wieku, z makijażem intensywnym tak, że postarza ją o 10 lub więcej lat. Na twarzy mina jakby mówiąca jednoznacznie – nie podchodź. Trudno się dziwić, gdyż zapewne już od jakiegoś czasu każda z pań boryka się z pasażerami, którzy wyładowują na nie swoje pretensje przez opóźnienia itd. Różnica polega na tym, że ona wyjdzie o 16 i wróci do domu – tu się jej bolączki skończą, ale ja bez niczyjej pomocy zostanę na Ukrainie bez noclegu, stratny o tygodniowy wyjazd do Singapuru, a do tego relatywnie daleko od domu. Jestem tak nabuzowany, że skoczyłbym z pięściami do Pudziana, a co dopiero ta babeczka. Czuję, że nikt do niej jako jedynej nie podbija, bo jest starą ku*wą, albo przynajmniej na taka wygląda. W tej sytuacji dla mnie straszna nie była.

Prawie dokładnie tak to wyglądało.Po angielsku, trochę nawet po rosyjsku, gdyż faktycznie w stresie, tak jak po pijaku, przypominają się zapomniane nauki umożliwiające bardziej ekspresyjne, a zatem skuteczne, artykułowanie swoich myśli, a w końcu 3 lata w liceum uczyłem się rosyjskiego, informuję o problemie. Pytam się co może z tym zrobić. Pani robi klik, klik i mówi, że ten lot dany przez pana w akcie pierwszym to jedyne wyjście. W tej dokładnie chwili poziom mojej frustracji i determinacji był najwyższy, spośród mi znanych. Używam ostatnich argumentów w stylu, że mam bagaż, że „ja nie z padrugumi, ja adin”, że „mnie nada papaść w Warszawu”, że „this is outrageous”, że „was is das?!”. Pani na mnie patrzy bez entuzjazmu. Pytam się czy ma lot do Doha, bo jeśli tam dotrę to dołączę do grupy. Pani na to, że do Kataru nie latają. Chwila refleksji i gong limitu wybił. Pochylam się do pani i mówię (po angielsku).

Proszę pani, podróżuję sam. Mieliśmy opóźnienie, międzylądowanie i zgubiony bagaż. Mój bagaż jest, więc mogę podróżować dalej. Muszę dostać się do Warszawy, skąd zaraz potem lecę do Singapuru. Podróżuję służbowo. Jeśli nie dotrę do Warszawy na czas, to wy będziecie mi zwracać pieniądze za utracony bilet, a mnie zwolnią. Jeśli mnie zwolnią, to nie ma sensu abym wracał do Polski. W takim wypadku mogę równie dobrze zostać na Ukrainie. Jeśli zostanę, to widząc jak tu pracujecie za miesiąc będę dyrektorem lotniska. Pani decyduje.

Pani na mnie patrzy. Spogląda w komputer i coś klika. Nie wiem, czy mnie zignorowała czy coś robi w mojej sprawie. Po chwili daje mi kartkę z wydrukiem lotu i mówi, że na tablicy pojawi się informacja o bramce i o tym gdzie zdać bagaż. Czytam kartkę nie odchodząc od okienka. Godziny, data i trasa się zgadzają. Pytam się, czy na tej kartce faktycznie dolecę i wpuszczą mnie do samolotu. Mówi, że tak. Średnio entuzjastycznie dziękuję i odchodzę od okienka.


Czekający niewierzący

Bazując na poprzednich doświadczeniach powątpiewam w tę kartkę, ale nic nie mogę zrobić. Mogę zapalić. Nie. Muszę zapalić. Wychodzę przed lotnisko i spotykam jednego z polaków. Dowiaduję się, że sprawdzili listę w Kazachstanie i nie ma tam zaginionych bagaży. Sprawdzili też w Kijowie, gdzie też ich nie ma. Żal mi go, ale on kończy podróż w Warszawie, a ja muszę lecieć dalej, więc sytuacja moja nie jest dużo lepsza.

Adekwatny gif. Nie wiem skąd. Był w internecie.Podchodzę do informacji przy tablicy, gdzie niebawem mają się pojawić dane. Pokazuję dane lotu i się pytam, czy mają może podejrzenie, że się spóźni. Ja już w nic nie wierzę. Pani mówi, że nie mają żadnej informacji. Nic mi to nie daje. To że ona nie wie nic o spóźnieniu, to nie oznacza, że opóźnienia nie będzie. Pojawia się informacja na tablicy. Staję w kolejce, żeby zdać bagaż i uzyskać bilet w zamian za moją kartkę. Muszę czekać, nie ma alternatywy. Po rozmowie z miłą starszą panią, która opowiadała o problemach z częstokrotnym podróżowaniem z tego lotniska do syna z Chicago, dochodzę do człowieka. Linie lotnicze LOT, więc polak. „Pan jest w biznes klasie, nie musiał pan czekać. Proszę położyć bagaż.” – ja zaskoczony kładę walizkę. Walizka odjeżdża. Tu ma pan bilet, a w tej kopercie zaproszenie do business lounge, na piętrze, na przeciwko tego i tego gejta. „Nie no, ślicznie, bardzo dziękuję”. Odchodzę od taśmy i idę do business lounge – no bo kiedy znowu będę miał okazję. Było średnio, ale przynajmniej ludzi mało.

Trafiam pod gate. Najpierw wpuszczają bizness class, więc idę dumny. Mam siedzenie 1D, zaraz za kokpitem. Na pokładzie dostałem śledzia z żurawiną i musztardą z gorczycą oraz nielimitowaną ilość małych buteleczek wina. Dziabłem dwie. Byłem szczęśliwy. Tutaj ja – wyświechtany, zmęczony, pognieciony, brudny, po przejściach, w tanich ale wygodnych i w miarę estetycznych ciuchach, a obok mnie pan biznesmen w szalu i nawet bez bagażu podręcznego poza aktówką. Tak się podróżuje. Nie no, nobilitacja że hej (pisane przez „ch” i z „u” zamiast „e” w środku). Książę i żebrak, ale to ja mu pokazałem jak wyciągnąć stoliczek z fotela na potrzeby posiłku. Ponadto już wiem co się dzieje w samolocie, gdy po wylądowaniu ludzie od razu wstają (jak i ja, żeby rozprostować nogi) i czekają na nie wiadomo co, aż zaczną ich wypuszczać – w tym czasie wysiadają ci lepsi i nie mogą się minąć z tym z klasy ekonomicznej. Na Okęciu miałem bagaż w ręku, gdy tamci dopiero pojawiali się przy taśmie. Idę szybkim krokiem do miejsca zbiórki. Widzę grupę i spoglądam na zegarek – jest godzina 15:30, czyli dokładnie w chwili zbiórki grupy do Singapuru. Zanim doszedłem była już 15:31 – miałem minutę spóźnienia.


Przeżyłem

Jestem już 38 godzin bez snu i 16 godzin w podróży. Po trzech lądowaniach nie słyszę na prawe ucho. Proszę ludzi mi znanych, aby mi pomogli, to znaczy mieli mnie na oku i mówili mi gdzie iść, bo jestem bardzo zmęczony, otumaniony, ale po raz pierwszy czuję, że mogę trochę odpuścić. Przebojów od tej chwili nie było, nie licząc kolejnych 14 godzin w samolocie i o kilka więcej w ogólnie pojętej podróży. Przeżyłem.

Tak jak wspomniałem we wstępie – do chwili przelotu przez Warszawę pamiętam podróż bardzo dobrze. To jak się zachowałem jest skrajnie niepodobne do mnie, ale mi udowodniło co mogę gdy muszę. Nigdy, ale to przenigdy od tamtej chwili nie miałem nawet minimum stresu w hotelu, na lotnisku, czy na ogólnie pojętym obcym terenie. Ciężka, ale dobra nauka.



P.S. Mam historii na kilka kolejnych wpisów – o tym jak poruszać się po Kazachstanie, dlaczego mieszkańcy tego państwa gubią się w dwóch rodzimych językach, jak wyglądają drogi w Singapurze, dlaczego w tym kraju jest absolutny zakaz żucia gumy, skąd wzięli swoją przewagę ekonomiczną, jak ocenili Polskę (byłem ich pilotem podczas wizyty u nas), a dalej o tym jak zwiedziłem marinę w Dubaju, czym się różni Dubaj od Abu Dhabi, jak wyglądają domy arabów, jak wygląda Ameryka na Florydzie w Orlando… ale tak bardzo brakuje mi czasu. Jako, że sam najczęściej wracam do tego bloga liczę, że jednak znajdę czas na spisanie tych wspomnień, bo nie spisane umykają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.