Oscary, Oscary i po Oscarach


Obejrzałem wszystkie filmy nominowane w kategorii najlepszego. Zostało mi jeszcze kilka do obejrzenia, ale już subiektywnie ocenię co widziałem. Nie będą to recenzje z prawdziwego zdarzenia, ale krótki opis nie będący spoilerem oraz wskazanie na elementy, które podobały mi się najbardziej i najmniej. Zestawię to z wynikami. W tym roku trafiałem całkiem nieźle.


Wyniki, a przed galą – nominowani, interesują mnie już od dekady. Jeśli się da, to galę oglądam, a przed nią oglądam filmy nominowane. Mam w głowie system oceniania, zgodnie z którym staram się wybrać mojego faworyta oraz, jeśli to się nie pokrywa, to film o największym prawdopodobieństwie wygranej. Czasem to co się podoba, nie jest najlepsze w swojej kategorii i się o tym wie. Uwielbiam filmy z śp. Leslie Nielsenem, ale głupie komedie raczej nie należą do najwyższej jakości wytworów kinematografii.

Tak czy siak, wracamy do nominowanych. O tym jak się nominuje i jak się wybiera najlepszy film już pisałem (Amerykańska Akademia Sztuki przez duże „$z” – 25 stycznia 2016) tłumacząc dlaczego deklaracja filmowców o treści „sam fakt bycia nominowanym to wielki zaszczyt, a to czy wygram liczy się mniej” jest w merytorycznym sensie uzasadniona.

W tym roku gali nie poprzedzały znaczące kontrowersje (określenie jej jako zbyt białej, bojkot skierowany w stronę wydarzenia, śmierć nominowanego filmowca itp.), ale nie oznacza to, że kontrowersji nie było wcale. Oczywiście w obliczu stonowanej i zgodnie z planem przeprowadzanej gali coś i tak musiało pójść nie tak, choćby na zakończenie. O tym jednak nie tu i nie teraz, bo każdy już wie, że pomylono się podając wygrany film w kategorii najlepszego.

Najważniejsze dla mnie kategorie to kolejno: najlepszy film, scenariusz oryginalny, reżyseria, scenariusz adaptowany, aktorzy i aktorki pierwszoplanowi i drugoplanowi, zdjęcia, montaż, ścieżka dźwiękowa, a dalej kategorie z dźwiękiem i obrazem oraz kostiumami, scenografią i makijażem, a jeszcze dalej filmy animowane, dokumentalne i krótkometrażowe. Ze względu na taką preferencję skupię się właśnie na niektórych kategoriach.


Scenariusz oryginalny

wygrał: „Manchester by the Sea”
ponadto nominowane: „20th Century Women”, „Aż do piekła” („Hell or High Water”), „La La Land”, „Lobster”

Na starcie zapowiadam, że wdziałem wszystkie filmy poza „20th Century Woman”, więc do tego filmu się nie odwołam. Spośród nominowanych wahałem się między „Lobster” a „Menchester by the Sea”. Słusznie wybrałem ten drugi. Osobiście nie miałbym nikomu za złe, gdyby „Menchester by the Sea” wygrał w kategorii najlepszego filmu.

Historia z wygranego filmu jest naprawdę ciekawa, choć dość dramatyczna. Film opowiada o wujku, który został zmuszony do opieki nad nastoletnim bratankiem po śmierci jego ojca (filmweb). Ten lakoniczny opis nie oddaje kilku znaczących aspektów – pozornie nieokazywanego żalu po stracie ojca, relacji między wujkiem i siostrzeńcem, która buduje się obok pamięci dramatu jaki przeżył przed laty ten pierwszy oraz presji wynikającej z konieczności podjęcia decyzji kluczowych dla przyszłości obu.

Mój wzrok i słuch film tak zaangażował, że czas zleciał szybko, a w trakcie seansu kilka razy obraz był rozmazany, gdyż w oku kręciła się łza. Nie wiem do jakiego filmu porównać, ani jak przybliżyć wskazując na podobny tytuł na zasadzie – jeśli podobał się film x, to ten też się spodoba – dlatego też nie potrafię polecić.


Aktorka drugoplanowa

wygrała: Viola Davis („Fences”)
ponadto nominowane: Nicole Kidman („The Lion”; „Lion. Droga do domu”), Michelle Williams („Manchester by the Sea”), Naomie Harris („Moonlight”), Octavia Spencer („Hidden Figures”; „Ukryte działania”)

Z dumą, ale też bez większego zaskoczenia melduję, że trafnie typowałem Violę Davis w filmie „Fences”. Film generalnie opowiada o Afroamerykaninie należącym do klasy robotniczej, starającym się utrzymać rodzinę i pokonać uprzedzenia rasowe (filmweb). Opis, jak zwykle, nie zachęca oraz nijak oddaje znaczenie filmu i to czego można się po nim spodziewać – Viola Davis gra żonę wspomnianego Afroamerykanina. Relacja między nią a jej mężem to naprawdę ciężki kawałek filmu i to bez znacznych ekscesów. Film obrazuje nie tylko trudy bycia czarnym, ale także postawę żony uległej wobec męża, ale mającej na niego swoje sposoby, relacje dwóch synów względem rodziców, z uwzględnieniem faktu, że żaden nie był w pełni zdolny do pogodzenia się z rolą, jaką próbował narzucić ojciec i wiele więcej. Jest kilka scen, w których wygrana w omawianej kategorii pokazała takie emocje, że po jakimś czasie od obejrzenia sceny nachodziła mnie myśl – jak można tak realistycznie i chwytając za empatyczną strunę pokazać tak dramatyczną scenę, a przecież wiem, że ona robi to co napisane w scenariuszu, a przy tym w pomieszczeniu jest tuzin ludzi, sprzętu itd. – po prostu świetny warsztat, który sprawił, że zapomniałem o tym, że to tylko film.

Poza nią uwagę moją zwróciła Taraji P. Henson grająca główną matematyczkę w filmie „Ukryte działania”, ale za to ona nie była nominowana. Żałuję, bo postać bardzo mi się spodobała. Mogę tu być jednak silniej nieobiektywny, gdyż film generalnie bardzo mi się podobał, a więc życzyłem mu wielu sukcesów podczas gali.


Role pierwszoplanowe

Wygrała Emma Stone i Casey Alffleck.

Oba wybory mnie zaskoczyły. W przypadku roli kobiecej nie twierdzę, że Meryl Streep powinna była otrzymać czwartego Oscara, ale Meryl Streep powinna była otrzymać czwartego Oscara. Mi bardzo podobała się Natalie Portman jako Jackie Kennedy. Jej akcent, siła woli i zdecydowanie schowane pod pozornym zagubieniem, a także dystyngowana odwaga, zrobiły z niej w filmie tragiczną królową. Sam film nie będzie wielkim hitem. Mi się podobał i obejrzałem z zainteresowaniem od początku do końca za fakt tematu – interesowałem się kiedyś zamachem na JFK, ale oczywiście z innej strony, tj. organizacji, przebiegu, głównych zaangażowanych i potencjalnych teorii spiskowych, a nie pod kątem losu i postawy wdowy. Filmów „Elle” i „Loving” nie oglądałem.

Casey Affleck chyba specjalnie nie grał. W filmie stworzył bardzo ciekawą postać, po bardzo dramatycznych przejściach, pełną zobojętnienia. Kiedy jednak widziałem krótkie jego wypowiedzi i podziękowania za nagrodę, to odniosłem wrażenie, że poza nieznacznym uśmiechem w kąciku ust, to niczym jego postać nie różni się od aktora. Stąd bierze się wątpliwość co do zasadności nagrody. Moim kandydatem był Danzel Washington. Podobnie jak Viola Davis, świetnie zrobił akcent i nowy słownik, świetnie odnalazł się w dramacie niemocy i walki z nierównościami, a to przy jednoczesnej twardej postawie wobec synów i z brudem jaki wniósł swoimi błędami i ukrytymi pragnieniami do domu. Dużo w tym dramatu własnego stworzonej postaci, dużo też osobowości, która dyktowała postawy wobec otoczenia. W tej kategorii nie widziałem filmu „Captain Fantastic”.


Reżyseria, zdjęcia, scenografia, muzyka, piosenka

W kwestii muzyki i piosenki chyba nie było wątpliwości. Film „La la land” nie zrobił na mnie wrażenia, więc nie podejrzewałem, że zdobędzie nagrodę za najlepszy film. Mając to na uwadze, oraz fakt 14 nominacji, wydumałem, że docenią go w innych ważnych kategoriach. I tak się stało. Film był naprawdę ładny, miasto było piękne, kadry z tańczącymi i śpiewającymi ludźmi także. Nawet same kolory dawały oku przyjemność – to w mojej głowie uzasadniło zdjęcia i scenografię. Reżyser wygrał, bo zrobił duży, skoordynowany, o dobrym tempie film, w którym aktorzy dobrze oddali swoje role i dlatego słusznie zgarnął statuetkę. Jednakże film prezentuję świetną formę, której treść nie dorasta do pięt – tak samo było w przypadku „Avatara”. Przerost formy nad treścią. Na przestrzeni lat można zauważyć, że statuetkę najlepszego zgarnia film o znaczącej treści lub będący kompromisem między treścią i formą, ale nigdy film o marnej treści w połączeniu choćby z najzacniejszą formą.

W kwestii reżyserii uważam, że można wymienić jeszcze Mela Gibsona za film „Hacksaw Ridge” („Przełęcz ocalonych”), ale z innej przyczyny. Po wcześniejszych antysemickich i skrajnie konserwatywnych wypowiedziach pan ten się zrehabilitował tym filmem, co doceniło nawet gremium przyznające Złote Maliny nagradzając go statuetką w kategorii „Nagroda odkupienia”. Stworzył on film w tematyce go interesującej (wojna, brutalność, krew, dramat bohatera), ale opowiadający o młodym chłopaku z dramatem za plecami, który unika dotykania broni w trakcie jednej z najkrwawszych bitew w historii USA i do tego powołując się na wiarę, który to ponadto kocha miłością romantyczną, jest bardziej przywiązany do matki niż do ojca i jeszcze do tego nie je mięsa. I ten oto lewacki jegomość nie jest przedstawiony jako porażka narodu, ale jak to naprawdę miało miejsce – bo film oparty na faktach – jako bohater. Na pewno Mel Gibson długo szukał historii, która będąc w jego klimacie pozwoli mu się odkupić na liberalnym podwórku Hollywood – trafił w dziesiątkę.


Film

Wygrał film „Moonlight”. Nie będę pisał nic na temat pomyłki, bo to już znany temat. Jeśli zaś chodzi o sam film to podobał mi się. Podobał się w sensie ukazanego dramatu, straty i siły woli aktywowanej w obliczu konieczności walki z samym sobą, lub bardziej z tym jak jest się postrzeganym. No i sam film był bardzo swojski dla Hollywood. Mamy czarnoskórego bohatera, do tego homoseksualistę, który ma matkę-ćpunkę i sąsiada, dilera cracku za wzór nieobecnego ojca. Ma miłość w liceum, ale taką brudną, a nie romantyczną, potem ma dramat i ascezę oraz udowodnienie światu kim jest naprawdę. Brakuje jeszcze wątku związanego z holokaustem, bycia świadkiem śmierci bliskiej osoby przez głównego bohatera oraz ewentualnie kogoś niewidomego albo na wózku inwalidzkim, a mielibyśmy najlepszy film w historii Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Może troszkę zadrwiłem ostatnim zdaniem, ale faktycznie znamiona dramatu oscarowego film ten wypełnia i szczerze polecam. Nic nie jest pokazane na siłę i nie jest nachalne, choć porusza dość skrajny temat. Po drodze mamy też kilka ciekawych symboli, które podbijają wrażenie.

W swojej próbie oszacowania wygranego typowałem „Moonlight”, ale subiektywnie najbardziej mi się podobał „Hidden Figures”, czyli „Ukryte działania”. Film obejrzałem dwa razy jeszcze przed galą. Niektóre sceny bardzo mi zapadły w pamięć. Bardzo mi się podobał, pokazał ciekawe trudności, świetne podejście, świetne charaktery i zdrowy dystans, ale bez poczucia potrzeby walki. Szczerze lubię filmy o takiej tematyce, z tych czasów i ten film był wyborny.


Oscary, Oscary i po Oscarach

Uważam, że ten rok był naprawdę dobry. Może nie najlepszy w ostatniej dekadzie, ale zdecydowanie wygrał proponowanymi tytułami z rokiem poprzednim. Mierzę to faktem, że ze zdecydowanie większym przejęciem oglądałem filmy nominowane w tym roku. Zauważyłem poprzednimi razy, że oglądanie filmów zaczyna stanowić nie zawsze przyjemy obowiązek. Wpisuję w kalendarz, a potem jak zrezygnuję z planu, to muszę nadrabiać bezpośrednio przed galą lub przynajmniej w weekend oscarowy. Tym razem byłem gotowy z tygodniowym wyprzedzeniem, gdyż każdy kolejny obejrzany film nakręcał chęć obejrzenia kolejnego.

Tak czy siak, temat zamknięty i znów trzeba czekać 10 miesięcy, do zgłoszeń, Złotych Globów i ogłoszenia nominacji. Czekamy zatem.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.