Szykuję się na Oscary


No dobra. Jeszcze się nie szykuję. Co roku wykonuję plik Excel-owski, na który przenoszę nominowanych oraz mój status – obejrzane, dostępne, niedostępne. Pieczołowicie go uzupełniam i zadaniowo podchodzę do sprawy. Tym razem jeszcze nie zacząłem.


Co roku czekam na ten czas. Wypisuję urlop z miesięcznym wyprzedzeniem na poniedziałek po niedzielnej nocy oscarowej. Nie jestem chirurgiem ani pracownikiem w wieży kontroli lotów, więc mogę sobie na to pozwolić. Gala kończy się ok. 6 rano. Organizuję się poprzez zapewnienie rzutnika, zaplanowanie rozstawu mebli pod kątem gości oraz planów spożywczych.

Ubiegły rok mnie jednak zmulił i zapał dzisiejszy jest mniejszy. Filmy ubiegłoroczne były, nie wiem jak powiedzieć, żeby nie zbagatelizować przecież zacnych produkcji, ale co najmniej nie wprost mi się podobające. Nie uznaję, że to źle, że filmy nie pokryły się w całości z upodobaniami, lub na odwrót, że upodobania nie idą wprost z linią akademii filmowej, ale to właśnie, jako jeden z aspektów, obniżyło zapał w ubiegłym roku i przenosi się także na ten. Laureat nagrody w 2016 roku był wprost zaskoczeniem i to nie pozytywnym. Poniżej zamieszczam oryginalny film z instagrama, gdzie uchwyciłem reakcję obecnych na poinformowanie o tym jaki film wygrał.


Ktoś tu się chyba pomylił… #oscars2016 #oscar #spotlight #zecokufa #pedofilia #kosciol

A video posted by Adamopolis (@adamadamopolis) on


Od lat mówi się o upolitycznieniu wydarzenia oraz o tym, że wybierane są produkcje poprawne politycznie i moralnie słuszne, choć nie zawsze oddające nastroje większości. Deklaruję, że to nie problem, ale kto wie jak bardzo mną już skutecznie zmanipulowano. Twierdzę, że wpływ jest znikomy, ale ewidentnie nie trafiam preferencjami w typowanych wygranych. To jednak jest temat do głębszego przemyślenia, a to co można przeczytać w akapicie wymyślałem w trakcie pisania, więc sam nie wiem, czy się z tym zgadzam.

Nie wiem, czy brak entuzjazmu wynika z ubiegłorocznych wyników, z atrakcyjności wydarzenia oglądanego na żywo (w tym także za fakt, że Chris Rock w ramach prowadzenia wtrącał nic jak tylko swój stand-up, a ja jego stan-upu nie lubię), czy z okoliczności spotkania ze znajomymi w celu oglądania relacji. Wiem, że każdy czynnik miał udział, ale nie wiem w jakim stopniu i co dominuje.

Wiem, że zaproszeni znajomi dostarczyli przekąski, uczestniczyli bez snu w całości wydarzenia i to doceniam. Po mojej stronie, w ramach organizatora, było siedzenie na niewygodnym krześle i pilnowanie laptopa i rzutnika (robienie mu przerw na przestrzeni wielu godzin pracy, gdyż był pożyczony i nie chciałem go nadwyrężyć, a niekiedy poszukiwanie alternatywnych streamów w obliczu problemów technicznych), gdzie gdybym oglądał sam, to te dyskomforty nie miałyby miejsca. To ma swój udział w dzisiejszym braku entuzjazmu przy świadomości, że brak zainteresowania Oscarami zwolniłyby mnie z niejako już obowiązku, mając na uwadze ostatnie lata, organizacji spotkania oscarowego.

Pamiętam natomiast moje jedne z pierwszych oglądań Oscarów. Siedziałem sam z kawą, energydrinkiem, lekkim piwem i wiedzą o kanapce i sałatce w lodówce oraz z wydrukiem nominowanych i długopisem. Wcześniej oglądałem filmy i cieszyły mnie za fakt ich atrakcyjności oraz za fakt, że poznaję nominowanych. W trakcie gali oglądałem, wcześniej typowałem i oznaczałem. Byłem podekscytowany i czekałem na to co będzie zaraz.

Może to znudzenie. Tradycja, wykształcona na przestrzeni ostatniej dekady, nie jest na tyle atrakcyjna w porównaniu do świeżości doznania, która najwyraźniej już wyschła. Może to kwestia samych nominacji. Ale o nich teraz.

Ubiegłoroczne Oscary zostały okrzyknięte nazbyt białymi, a to ze względu na nominowanych. Akademia jest liberalna, więc wierzę, że mierzyła jakość i warsztat, a zatem stąd te uzasadnione nominacje. Bardziej niż za bardzo białych nominacji ubiegłorocznych boję się wymuszonej dywersyfikacji tegorocznych. Nie mniej jednak cieszy mnie kilka produkcji opowiadających o życiu czarnoskórych amerykanów w przeszłości („Fences„), oraz dziś („Moonlight„).

Najbardziej cieszy mnie nominacja dla filmu „Ukryte działania”, którego nie oglądałem, ale po opisie i trailerze chcę obejrzeć najbardziej ze wszystkich. W mojej głowie to takie połączenie „Teorii wszystkiego” z „Grą tajemnic” – oba filmy nominowane w 2015 roku. Lubię takie klimaty i stąd nadzieja, choć już mam przekonanie, że film nie wygra. To przekonanie jednak nie boli, bo cały czas bazuję na opisie i trailerze, oraz na tym, że nie obejrzałem najbardziej nominowanych konkurentów. Mam nadzieję na miłe zaskoczenie.


Aktualizacja

Wszystko co powyżej zostało napisane 2 lutego (czwartek), a to co poniżej napisałem 6 lutego (poniedziałek).

W ten weekend miałem okazję obejrzeć kilka nominowanych filmów. Powoli aktywuje się wola i zainteresowanie, a nawet entuzjazm na myśl o spotkaniu. Film, który nie zwracał nazbyt mojej uwagi, a który bardzo mi się spodobał, to „Manchester by the Sea„. W mojej głowie wygrywa z już obejrzanymi „Moonlight„, „Fences” oraz „Arrival„. Coś w historii obu głównych bohaterów mnie porusza i jakby trafia, choć nigdzie mi w moich prywatnych doświadczeniach blisko wydarzeniom opisanym w filmie. Najwyraźniej obrazem, dźwiękiem, tematem, historią i postaciami skutecznie szarpnął za tą moją empatyczną strunę, która siedzi w każdym z nas.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.