Chiny raz jeszcze, wspomnienia z podróży


Nie raz już pisałem o Chinach. Obok wyjazdu do Japonii była to jedna z najciekawszych przygód w moim życiu. Tak całkowicie szczerze, to piszę dla siebie, na wypadek gdyby już nieświeże wspomnienie miało jeszcze bardziej wyschnąć i umknąć.


Podróż

Podróż do Chin była dwuetapowa. Najpierw przelot Warszawa-Helsinki, a następnie Helsinki-Szanghaj. Pierwszy przelot odbył się w samolocie wielkości dłuższego autokaru z czterema fotelami w rzędzie, po dwa przy oknie. Drugi przelot odbył się w maszynie zdecydowanie większej, gdyż w rzędzie było foteli osiem – po dwa przy oknie i cztery po środku. Problem stanowiło to, że drugi etap trwał blisko 12 godzin, a na przy rozpoczęciu lotu byliśmy już w 19-stej godzinie podróży. Generalnie niecałe 34 godziny od chwili jak wsiadłem do pierwszego pojazdu znaleźliśmy się na miejscu – była to chyba godzina 9 rano, więc czekało nas kolejne 13-14 godzin aktywności. To był jeden z najdłuższych i najcięższych dni mojego życia.

Lądowanie przy wietrze bocznym (crosswind).Dygresja
Pierwszy przelot był bardzo ciekawy – ten w niewielkim samolocie z Warszawy do Helsinek. Był to mój pierwszy lot w życiu, ale nie chciałem, żeby ktoś się tego domyślił. Byłem zatem dzielny i spokojny. Siedziałem po prawej stronie, przy oknie i to równo nad skrzydłem (chyba w wyjściu bezpieczeństwa). Sytuacja była charakterystyczna, z czego prawie do końca nie zdałem, lub bardziej, nie chciałem sobie zdać sprawy – warunki pogodowe były naprawdę paskudne. Silny wiatr i deszcz zdecydowanie utrudniały lot i lądowanie. Aż mnie zastanowiło, że choć technologia lotnicza rozwija się od tak wielu lat, to jednak maszyną i ludźmi w niej tak jakby trochę macha – „że też nie udało się tego wyeliminować przez te wszystkie lata”. Na kilka tygodni przed lotem oglądałem kilka filmów o katastrofach lotniczych – jest taka seria na Discovery (dostępna na youtube). Na dosłownie kilkadziesiąt sekund przed dotknięciem płyty lotniska wyglądałem przez okno i coś zwróciło moją uwagę – widzę pas startowy, a dokładnie jego środek i całą długość, ale przecież nie siedzę z przodu, a z boku. Nieduża maszyna radziła sobie z dużym wiatrem bocznym. Przypomniałem sobie kilka scen z oglądanych filmów. Dziś stwierdzę, że lądowanie przysporzyło emocji nie tylko mi i pozostałym pasażerom, ale także obsłudze. Każdy kolejny lot udowodnił mi, że ten pierwszy był najbardziej ekscytujący, ale niech tak pozostanie.


Chińska woda i powietrze

Koniec roku 2016 i początek 2017 przyniósł nam w Polsce szok tego jak bardzo dużo może być smogu w powietrzu. Największe miasta borykały się z ciężkim powietrzem, niską widocznością i innymi problemami, bo kominy z pieców kopcą bardziej niż zawsze, bo zimno, a do tego nie ma wiatru, przez co powietrze, ale też smog, stoją miejscu. Lament, doniesienia medialne, apele instytucji, deklaracje z ministerstw i inicjatywy ustawodawcze. W Szanghaju było tak, że po dniu zaczętym o 8 rano i skończonym w hotelu około północy, to wszystko co miało się w nosie, ustach i najpewniej płucach było czarne. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo to niesmaczne, ale to to, co było na chusteczce po wydmuchaniu nosa, było czarne i było tego dwa razy więcej niż można było się spodziewać. Nawet wtedy, gdy widoczność była dobra to powietrze było tak bardzo zanieczyszczone. Przedostatniego dnia poziom zanieczyszczeń podskoczył zdecydowanie bardziej. Poniżej nagranie z podróży na lotnisko.



To się czuło fizycznie na ciele. Miałem wrażenie, choć mniej jak godzinę przed nagraniem tego filmu brałem prysznic, że jestem kompletnie brudny. Taka sytuacja z biwaków lub długich podróży, gdy człowiek się poci i wysycha i tak kilka razy – takie wrażenie zalepienia skóry. Z perspektywy dermatologicznej to chyba zatkanie porów, a w praktyce wrażenie ciężkości i lepkości na ciele.

Nie lepiej było z wodą. W niezłym hotelu o relatywnie wysokim standardzie, powiedziano nam, aby nie pić wody z kranu. Tego nie czynię nigdy i nigdzie, pijam tylko przegotowaną lub filtrowaną, bo prababcia mi powiedziała gdy miałem kilka lat, że jak napiję się wody z kranu to mi robaki urosną w brzuchu – zrobiło to na mnie wtedy takie wrażenie, że działa do dziś. Tam jednak powiedziano nam, żeby nawet nie myć zębów wodą z kranu i nie płukać ust pod prysznicem. Przyznam się, że to robiłem, ale tylko z zapomnienia, a po jednym lub dwóch „dopuszczeniach” wody w usta przypominałem sobie prawdy z recepcji i już się pilnowałem. Nic mi się nie stało, ale twierdzę, że coś jest na rzeczy, skoro taką informację nam przekazano, a woda butelkowana była nielimitowana – wystarczyło skoczyć na recepcję lub tam zadzwonić.


Chiński hotel

Poniżej zamieszczam galerię sześciu zdjęć z hotelu.

To czego nie sfotografowałem, a co robiło największe wrażenie, to restauracja, a w niej przysmaki chińskie i nie tylko.

O poranku zakładałem portki i koszulę, a następnie, taki jeszcze nieco zaspany, wychodziłem z pokoju, zjeżdżałem 18 pięter, przechodziłem przez lobby, aż znalazłem się przed budynkiem, tylko po to, aby zapalić papierosa. Wprawdzie w hotelu można było palić, ale współtowarzysz z pokoju tego nie robił i nie chciałem nam zasmrodzić pokoju. Oczywiście, w trakcie mojej podróży po tych wszystkich korytarzach i recepcjach, każdy kto mnie zobaczył nie krzyczał, ale donośnie mówił „dzień dobry”, czyli w ich przypadku „Nǐ hǎo” (你好). Oczywiście nauczyłem się tego zwrotu i odpowiadałem.

Dygresja
Tutaj jednak jeden z psów pogrzebany, że chiński jest językiem tonalnym, gdzie o znaczeniu nie świadczy słowo, ale sposób jego wypowiedzenia. Kiedyś może pójdę w to we wpisie, ale nie teraz, bo byłaby to zbyt duża dygresja.

Wracając do wątku poprzedniego. O dziwo ci mijani pracownicy hotelu musieli mnie rozpoznawać, być może jedynie po ubraniu, a nie twarzy, gdyż nie witali się dwukrotnie. 

Za hotelem, który wyglądał dość schludnie, jak z resztą widać na zdjęciach, rozciągał się mało ekskluzywny fragment Szanghaju. Do ulicy głównej przylepione były zadbane i eleganckie wieżowce, ale już za nimi, jak za pierwszą linia frontu, były niemalże baraki. Chodzili młodzi i starsi ludzie nie w garniturach i sukienkach, tylko w gumiakach i umorusanych koszulach. To był mój widok, gdyż korzystałem z tylnego wyjścia przy papierosie.

Zakończę śmieszną historyjką. Stojąc pod hotelem rozglądam się w prawo – skuter widzę, przechodzi jakaś starsza pani, taksówka podjechała, boy hotelowy stoi obok mnie i przechyla się z pięt na palce w oczekiwaniu na gościa. Spoglądam w lewo – boczne wyjście z jakiegoś straganu, kilka osób na rowerze. Nagle widzę dwa psy, takie nieduże kundle wielkości terriera. Przyszło mi do głowy, że choć już sporo jeździliśmy i spacerowaliśmy po mieście, to nie widziałem wcześniej ani jednego psa lub kota. Dziwne. Spoglądam ponownie w prawo, aby sprawdzić czy coś się zmieniło po tej stronie – nic się nie zmieniło. Po kilku sekundach, znów biorąc bucha, spoglądam w lewo, a w miejscu gdzie przed chwilą były te psy stoi facet w białym fartuchu i białej czapce z tasakiem. Szubki zestaw skojarzeń w głowie. Jestem święcie przekonany, że był to zbieg okoliczności, że poza tymi głównymi częściami miasta psy i koty biegają jak po osiedlach domków jednorodzinnych lub po wsiach, a facet wyszedł w tym najlepszy do śmiesznych skojarzeń momencie. Pewności jednak nie mam.

Koniec. Dziękuję. :)


Mój hotel w chińskim streetview: link. Po prawej tylne wejście do hotelu, tam gdzie wychodziłem na papierosa.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.