Biesiada po chińsku


Opiszę chiński oficjalny obiad biznesowy. Wiem, że to o czym opowiem, a więc czego doświadczyłem, może od tradycji znacząco odbiegać, bo było przygotowane pod europejczyków, ale jednak było nader charakterystyczne. Postanowiłem obserwować, pytać i spamiętać najwięcej jak tylko byłem w stanie.


Dygresja
Ten wpis wykonałem już jakiś czas temu (jeszcze w 2013 roku). Dziś publikuję tu, bo to lepsze miejsce. Kontynuując…

Budynek kwiatu lotosu w Wujin w Chinach.


W trakcie wyjazdu mieliśmy okazję uczestniczyć w kilku zorganizowanych posiłkach. Przygotowany opowieściami znajomych spodziewałem się następujących reguł: potraw będzie wiele, nawet z dwadzieścia, których nam (przede wszystkim gościom) należy spróbować, ale nie należy zatrzymywać się na jednej. Prawda. A niechże ktoś spróbowałby zatrzymać się na jednej. Nie było praktycznej możliwości.

Zasiadłszy przy stole w restauracji w okolicach kwiatu Lotosu w Wujin (budynek jest bardzo charakterystyczny, może kiedyś go opiszę, a teraz załączam link) zostałem ugoszczony nie dwudziestoma potrawami, ale na oko pięćdziesięcioma. Uroczystość była nader zaszczytna. Poprzedzeniem była wizyta w biurze rozwoju dystryktu z dwoma wiceministrami i szefem projektu zielonego miasta (była to jedna z najbardziej stresujących i wymagających sytuacji w moim życiu, kiedyś może się zwierzę).

Przy stole.

Trzy piękne okrągłe stoły na nawet 15 gości, każdy z obracanym szklanym dyskiem na środku, na którym to podesto-dysku za chwilę miały zostać podane potrawy. Każdy z siedzących miał talerz, pałeczki, widelec i nóż (bo byli przygotowani na wizytę z Europy), szklankę wywaru z gotowanego ryżu (zapojka, nader ekonomiczna, a nawet smaczna), „flakonik” ichniejszego alkoholu, kieliszek jak do wódki, kieliszek do wina na napój herbaciany – bardzo smaczny (żłopałem na potęgę, a miłe panie mi dolewały), popielniczkę z milimetrem wody, serwetkę, oraz miseczkę z łyżką. Zaś na wspólnym stole stały wykałaczki oraz „flakonik” z papierosami oraz talerzyk z zapalniczką. Już widać było, że biesiada będzie bez ograniczeń.


I zaczęły wpływać potrawy. Było ich bardzo dużo, bo chociaż każdej postanowiłem spróbować (i tylko raz), to jednak wyszedłem syty. Każda jakiej skosztowałem zdążyła być jeszcze gorąca, i nie miałem długiego odstępu między próbowaniem kolejnych. Donosili momentalnie, a kolacja trwała kilka godzin.

Zaczęliśmy od w miarę lekkich europejczykowi doświadczeń – wołowina na słodko (miód i cynamon), która rozpływała się w ustach. Grzyby i algi w bulionie i inne. Nie sposób mi spamiętać tego wszystkiego. Cały dysk obracaliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aby każdy z biesiadników przy stole miał czas nałożyć sobie porcję kolejnej potrawy. Ledwo na półmisku zdążył pozostać jeden do trzech kawałków, na jego miejsce pojawiała się kolejna potrawa.

Oczywiście nawet palacze nie palili, gdyż w Polsce wydaje się to nie na miejscu by smrodzić przy jedzeniu.Po mojej prawicy siedział chiński, młody asystent, który ani słowem nie odzywał się po angielsku. Gdy zobaczył, że ja łapię się za pałeczki, wziął w dłoń mój nóż i widelec i mi podał, czego ja grzecznie odmówiłem machnięciem głowy i uśmiechem. On uznał mój wybór i wycofał się z propozycji z uśmiechem, po części zapewne w myśli już nie mogąc się doczekać widoku mnie siłującego się z pałeczkami. Ja natomiast od początku wychodziłem z założenia, że jeśli „wejdę między wrony, będę krakał jak i ony”. Najwyżej schudnę nie mogąc jadła do paszczy pałeczkami donieść – oj wielka bieda. Szczęście w nieszczęściu – dość szybko zaczęło mi iść jedzenie pałeczkami, ale tylko dlatego, bo próbowałem.


Dygresja: ostatni kawałek
I tu obserwacja. Nie występuje w Chinach reguła „ostatniego kawałka”. Ten oto chińczyk nie raz podniósł ostatni kawałek jedzenia, które żeśmy pozostawili. Był to swoisty sygnał w stylu „potrawy koniec, zamieńcie na następną”. Po chwili ktoś z obsługi zabierał naczynie i za chwilę doniesione zostawało nowe. Z polakami kuchnia by nie wytrzymała. Albo by czekali, albo marnowali.


Kolejne potrawy. Jadłem żabę, krewetkę z głową i wąsami, jakiś zawiesisty rosół, niezliczoną ilość grzybów i alg, oraz kilka potraw z soi. I to ostatnie było takie sobie. Ser z soi wędzony w szparagach dawał radę. Nagle pojawiła się zupa. Dość zawiesista, koloru rosołu z zieloną roślinnością i białymi kwadratami o miękkiej konsystencji.


Dygresja: kulturalny praktycyzm
I tu refleksja. Chińczycy przy stole są kulturalnie praktyczni, i nie mogą być inni. Ja w domu jestem w stanie jeść kotleta samym widelcem. Nawet jak schaboszczak jest żylasty, to nabiję i odgryzę, ale w nóż bawić się nie będę. Na proszonym obiedzie użyję jednak noża i widelca. Z resztą lubię naszych nadmiar reguł – to takie tradycyjnie patetyczne, taki prozaiczny dowód na dziedzictwo i kulturę. Na weselu nie można zdejmować marynarki (a już tym bardziej odchodzącej do lamusa kamizelki lub krawatu), ość lub pestkę z ust wyjmować należy tą samą drogą co weszły, czyli na widelcu, należy układać sztućce w krzyż lub „za pięć dwunasta” itd.. Chińczycy są kulturalnie praktyczni i nie mogą być inni. Pałeczki mają swoje legowisko na czymś co przypomina kawałek wyżłobionego domina, talerz jest mały, jedzenie nakładają pałeczkami lub łyżką od miski na talerzu, choć sama miska służy zupom (i tu czasem niespodziewajka, bo to co my interpretujemy jako zupę w rzeczywistości czasem okazuje się być mięsem lub warzywem w bulionie, które się wyławia pałeczkami bez nakładania płynu). Oni nie mają pola do popisu, bo wszystko jest zoptymalizowane. Nie wygląda też jak gdyby występowało faux-pas, bo co praktyczniej jest wziąć łyżką (miękkie mięso w sosie) to się tak nakłada, a co wystarczy pałeczkami (szparag, kawałek sera lub krewetkę) to się bierze pałeczkami. I finito. Patrzysz jakim żarcie jest i w mgnieniu oka każdy wie czym lepiej by złapać wszystko i nie nakapać na obrus. Nawet jeśli po nabraniu z tacy łyżką odkładasz na swój płaski talerz, a nie do miseczki. A jak odpadów się nagromadzi na talerzu, to podmieniają na nowy. Praktyczna kultura jedzenia za fakt różnorodności potraw i pozornego braku narzędzi.


Dygresja: tradycyjny praktycyzm
W Hong Kongu jest inaczej o jeden element. Mamy dwa zestawy pałeczek. Po lewej i po prawej naczyń. Ten po lewej służy nakładaniu ze wspólnego półmiska na swój talerz, a ten po prawej jedzeniu z talerza. Wynika to z faktu, że mieście wystąpiła zaraza w niedawnej przeszłości (lata 90′) i teraz unika się dotykania wspólnego jedzenia tym samym narzędziem, które umieszcza się w ustach. Praktyczne, acz nadal nie w oderwaniu od tradycji.

Tak mniej więcej wyglądała zupa z tofu. Czyż nie prezentuje się smacznie i znajomo?


Patrzyłem na tego chińczyka po prawej i naśladowałem. Wspomniana zupa wyglądała pysznie. Była już trzecią zupą podczas obiadu. Nałożyłem z wazy aż trzy łyżeczki z myślą, że tego to sobie pojem. A tu dupa blada i zonk. Jedyna potrawa, której nie mogłem zjeść. Sojowy ser w warzywach, który na etapie parowania z wazy, nakładania do miseczki i zbliżania w łyżeczce do ust nie dał ostrzegawczego sygnału, bo zapach był neutralnie przyjemny. W ustach jednak poczułem, że jest mdły i przypomina mi stary, przepocony kapeć. Taki chodzony, skórzany z Zakopanego. I choć nie miałem takiego kapcia w ustach, to jednak korzystając z wyobraźni i znanego nam wszystkim zapachu starej skarpety, to o taki opis się pokusiłem. Zupa była zjadliwa, ale nijak miał się w smaku do wszystkiego innego co na stole było. I tak oto spróbowałem wszystkich potraw, poza dwiema zupami następującymi po „kapciowatej”. Musiałbym miseczkę opróżnić by nałożyć i spróbować, a ta wypełniona „kapciem” stała. Po obiedzie dopytałem się Chinki, która tłumaczyła z polskiego na chiński, Pani BingBing, czy miała takie jak moje, ale względem polskiej kuchni odczucie, i stwierdziła, że tak – z kapustą w kapuśniaku. Kwaśny za bardzo, jak zepsuty. I to udowadnia, że nie to ładne (smaczne) co ładne (smaczne), tylko to co nam się podoba (smakuje). Wychowanie w absolutnie innym smaku da szok, bo jak każde mięso czerwone może być słodkie, a ryba (poza zupą, bo taka była) może być jedynie w cieście zbliżonym do biszkoptowego. A ser sojowy występuje w wersji wędzonej, dokanapkowej, donaleśnikowej i zupowej.


Nie mniej jednak było pysznie. Ryby były pyszne. Warzywa były pyszne. Mięsa były pyszne. Wszystko jadło się z nieznacznym odstępem – nie było tak, że talerz wypchany był kartoflami, kotletem i surówką, a potem ewentualnie tatar ze wspólnego stołu. Wszystko było ze wspólnego stołu. Alkohol, jak to stwierdził jeden z biesiadników, po czwartym wchodzi jak wódka. I wchodził wielu.

W połowie biesiady zapytaliśmy się, czy przypadkiem nie powinniśmy już grzecznie wychodzić, bo inaczej to będą donosić potrawy w nieskończoność, choć już wypada wyjść. Usłyszeliśmy (subtelnie), że dopiero jak dostawią owoce. No i jeszcze z kilkanaście potraw i z dwie godziny później pojawił się arbuz i inne.



P.S. W planach mam jeszcze opisać spotkanie w urzędzie rozwoju, o języku, o targowaniu się i o podróbkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.