Wakacje przez ekran 1


– Gdzie spędziłeś wyjazd?
– W Lublinie.
– A co dokładnie widziałeś?
– Zamek, Majdanek, starówkę.
– A na co patrzyłeś, kiedy to widziałeś?
– Na ekran smartfona.
– Podobało się?
– Tak, zobacz ile lajków dostałem.


Nie wiem jak to się dzieje, ale wygląda na to, że obraz wyświetlony na ekranie jest bardziej wartościowy niż widziany na żywo. Może także dlatego, że nikt nie oznakowuje lubianych miejsc i obiektów, ale ich obrazy w sieci oznaczyć się da. No bo przecież społeczny dowód słuszności tego, że coś jest wartościowe jest bardziej atrakcyjny i wymierny niż moje własne preferencje. Można z tego wywnioskować, a w praktyce także zaobserwować, że tym bardziej wyjazd się podróżnikowi podoba, im więcej lajków dostaje na portalach społecznościowych, co oczywiście zastępuje refleksyjną rozmowę na temat tego co się widziało i co się w związku z tym czuje,. Zamiast tego ogranicza się do postu na tablicy, lajków, oraz lakonicznych i beztreściowych komentarzy i to właśnie te elementy decydują o tym jak bardzo turyście się to podoba i jak bardzo z powodu wyjazdu jest szczęśliwy.


Kiepski ten świat… przynajmniej bez filtrów

Tak to jest, że dziś ogląda się świat przez ekrany. Absolutnie rozumiem zamysł Google Earth – aplikacja, dzięki opcji Street View , daje możliwość oglądania przez ekran ulicy tak, jakby się na jednej znajdowało. Uwielbiam odtwarzać swoje wyprawy wakacyjne i nie tylko przy użyciu tej aplikacji – przypominać sobie gdzie byłem, którędy szedłem i co po drodze widziałem. Oczywiście aplikacja pozbawiona jest dźwięku i zapachu, co zdecydowanie ogranicza wrażenia, ale te doznania zmysłowe same niekiedy wracają w pamięci, gdy okiem jest się w danym miejscu.

snaps-1_2983828bCo jednak, gdy jest się w danym miejscu – przy pomniku, na starówce, albo tym bardziej na koncercie – i ogląda się je przez ekran smartfona lub tabletu, zamiast patrzeć oczami. Naprawdę realistyczną zdaje się w tej chwili wizja, że kiedyś podłączać się będzie ludzi do wirtualnych symulacji jak w matrixie, a oni nigdy nie poczuwszy zapachu, smaku itd. będą żyli w wirtualnym świecie, skoro już dziś pośrednie doznania zmysłowe przyciągają bardziej niż bezpośrednie. Co więcej, pamięć własna jest coraz bardziej zbędna, skoro widoki można zapisać w urządzeniu, zamiast w głowie.

W prozaicznym wydaniu realizuje się to w fotografowaniu wszystkiego co się widzi. Będąc świadkiem przypadkowego turysty fotografującego pomnik smartfonem z perspektywy chodnika niekiedy myślę sobie „Dobrze, że robisz zdjęcie, bo przecież nigdzie go nie da się znaleźć i nikt nawet nie dowie się o istnieniu tego pomnika, jeśli go nie sfotografujesz” – oczywiście ironiczne. Rozumiem koncepcję robienia zdjęć sobie na tle, obok lub z czymś, bo na tych zdjęciach jest faktyczne świadectwo czyjejś obecności, oraz bardzo często dostrzec można emocję jaka w kimś przy tej okazji była (na wypadek, gdyby chcieć się komuś fotografią pochwalić).


Skąd mam wiedzieć, czy mi się to podoba, jeśli nikt mi o tym nie powie

Kolejne zjawisko, to lajki. Koniecznie trzeba się zawsze pochwalić tym gdzie się jest, zamiast tam być. Należy także nieustannie obserwować reakcje ewentualnie obserwujących naszą tablicę. Im więcej dowodów uznania, tym bardziej się to podoba.

Przykra sprawa. Nie twierdzę, że trzeba być oderwanym od czynników zewnętrznych i nie brać pod uwagę preferencji otoczenia, ale czy nie lepiej byłoby po te informacje sięgać przed wyjazdem – wtedy kiedy się decyduje o tym gdzie się wybrać, a nie w trakcie i to ze strony ostatecznie niezainteresowanych tym co i gdzie robimy? Zamiast być tu i teraz, a emocje czerpać z charakterystyki miejsca w którym się znajduje, to o emocjach decyduje to co ma się na co dzień – ekran smartfona.

Już nie mówiąc o tym, że ważniejsze są szczątkowe i niekiedy wyzute ze znaczenia i emocji komentarze nieobecnych, komentarze które są tak ogólnikowe, że pod większością z nich mogłaby się podpisać większość znajomych z portalu społecznościowego, a niżeli rozmowa ze współuczestnikami wyjazdu – tymi którzy doświadczają tego samego, a co za tym idzie reagują na to coś myśląc i czując. Jakże to smutne – taka alienacja. Przecież ci komentujący i lajkujący zdjęcie, które na Facebook-u dokumentuje wyjazd, widzą je przewijając listę z głupimi cytatami, talerzami z jedzeniem, informacjami o nowych grach na przeglądarkę, oraz wieloma mało interesującymi wrzutkami bliższych i dalszych znajomych, którzy tablicę traktują jak niemal jak śmietnik – takie znaczenie na portalu społecznościowym ma zdjęcie z wakacji. A jednak bardziej interesujące jest zdanie tego przewijacza internetu, a niżeli kompana wyjazdu. Można metaforycznie powiedzieć, że atrakcyjniejszym okazuje się co myśli o mnie śmieciarz, którzy przerzuca tony śmieci wszystkich ludzi, a niżeli ktoś bliski, kogo zapraszam do domu. Nawet gdy znajomego gościmy, to i tak podbiegamy do okna wyglądając śmieciarza, żeby porównał nasze śmieci ze śmieciami innych, kiedy on myśli o tym tyle co nic i przerzuca/przewija dalej. Przykre i krzywdzące.


Smutna konkluzja

Tęsknie za czasami sprzed smartfonów i silnego poczucia potrzeby aprobaty ze strony anonimowych osób. Gdy żyliśmy dla siebie i dla bliskich, a nie dla wszystkich. Tak jakby marzenie o sławie miało realizować się tym, że na raz komunikuję tak wielu osobom na raz, z których większość jest mi tak bliska, jak uczestnik koncertu i artysta występujący. Gdy kiedyś scen było mało, ci co na nich byli coś sobą reprezentowali, ale gdy dziś scenę może próbować sobie postawić każdy, no to wiemy w którą stronę poszła jakość.

Ja bym zrobił taki wskaźnik – każda minuta spędzona na patrzenie w smartfon to minuta mniej z czasu wyjazdu. Gdyby przyjąć taką regułę, to mogłoby się okazać, że choć ktoś wybrał się na tygodniowe wakacje, to spędził na nich 2-3 dni. Zwyczajne marnotrawstwo własnego czasu i uwagi. Co by było, gdyby w trakcie wyjazdu tyle samo czasu i z taką samą częstotliwością co smartfon uwagę zaprzątał drugi człowiek? Niewykluczone, że gdybyśmy go lubili i szanowali, tak jak smartfon, to mogłoby się okazać, że zyskaliśmy przyjaciela, ale jeśli nie, to by zwyczajnie wkurwiał.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz do “Wakacje przez ekran