„Przychodzi baba do lekarza”, czyli cudowne ozdrowienia i złe wzorce 1


Choć startuję z pozycji wysokiego szacunku do osób starszych, wynikającego z faktu ich doświadczenia życiowego, to jednak często obserwuję wydarzenia, które są dla starszyzny dyskredytujące. W szczególności dotyczy to starszych pań, spotykanych w przychodniach, autobusach, sklepach itd.


O co mi chodzi?

Życie, pomimo tego, że kształtowane przez wiele reguł, to jednak pozostawia pole do swobody decydowania, a to decydowanie nie zawsze wychodzi. Doświadczenie życiowe rośnie dzięki podejmowaniu kolejnych decyzji. Wraz z ilością podjętych decyzji zwiększa się prawdopodobieństwo, że kolejna podjęta decyzja będzie słuszna. Analogicznie do wykonywania określonego działania matematycznego – jak już się pojmie zasadę, to można podmienić dane, a rozwiązanie, choć inne, to jednak będzie prawdziwe.

W utopijnej sytuacji osoby starsze są mentorami dla młodszych pokoleń. Tak jak doświadczony udziałem w powstaniu weteran ryzykował dla swoich potomnych, ale też i dla obcych, tak też można oczekiwać, że doświadczony starszy człowiek będzie uczył i pokazywał przykładem co słuszne nie tylko dla swojego, ale i obcego.

Doświadczeni dłuższym życiem podpowiadają mniej doświadczonym jak w danej sytuacji postąpić, a ponadto własnym działaniem potwierdzają, że mają doświadczenie i działają słusznie, a taki młodszy obserwator może się posiłkować czyimiś wzorem we własnych decyzjach (jeśli dostrzeże analogię sytuacji, są podobne okoliczności itd.).


Ale tak konkretnie, to o co mi chodzi?

Wczoraj byłem w przychodni. Rutynowa okoliczność, nic nadzwyczajnego (potrzebowałem recepty). Wizytę miałem na 16:45. Podwiózł mnie znajomy w okolice przychodni. Dość zdecydowanym krokiem podążam w jej kierunku (wolę zaczekać niż się spóźnić, a sprawdzanie czasu na zegarku wcale nie przybliży mnie do celu). W trakcie przekraczania progu budynku spoglądam na zegarek i widzę bezpieczną godzinę – 16:22. Idę w korytarzyk i spotykam dorosłego faceta i dorosłą panią (oboje, na oko, wieku 40-50 lat, w mojej ocenie dorośli, ale nie starzy, w mojej percepcji moja matka starsza od nich o ok. 10 lat wcale nie jest stara). Pytam, czy czekają w kolejce do tego lekarza. Dowiaduję się że tak. Informuję, że ja mam na 16:45, więc oni pewnie przede mną. Pan odpowiada, że na 16:30, a pani, że ona tylko po receptę. W tej chwili chciałem jej odpowiedzieć, że „ja również tylko po receptę, ale zapisałem się na wizytę zamiast wpychać się między pacjentami – tak z resztą podpowiedziano mi w rejestracji”, którą ona najpewniej pominęła, ale ograniczam się do „aha”. Siadam i czekam, a obok mnie zaczyna się teatr.


Performance dramatyczny pt. „Patrz, jak mi źle”

Po krótkiej chwili pan wchodzi do gabinetu po poprzednim pacjencie, a ja zostaję z aktorką. Nie przesadzę w niczym, co teraz przywołam, bo przesadziła ona, więc mi wystarczy powtórzyć. Powłóczy nogami robiąc szum. Małe, zniedołężniałe kroczki. Odwraca się do mnie tyłem i łapie się za plecy w okolicach krzyża. Co chwilę słyszę „ech” cierpienia, gdy w wąskim korytarzyku obraca się i spaceruje na powierzchni około 1m². Siedzę w taki sposób, że widzę ją „prawym kątem oka”. Kolejne „ech”. Kolejne dwa kroki wykonane o tyle charakterystycznie, że w żadnym momencie nie oderwała całkowicie butów od podłogi. Na tym etapie podejrzewam, że symuluje, ale ostatecznie pewności nie mam. Przygotowany specjalnie dla mnie performance trwał około 12 minut.


Puenta spektaklu oraz co autor miał na myśli

Wtem drzwi gabinetu się otwierają. Czuję jedynie lekki podmuch wiatru, bo pani grająca główną rolę w dramacie w ciągu ułamka sekundy doskoczyła drzwi zastawiając je wychodzącemu panu w taki sposób, że przechodząc dotykali się brzuszkami. Sytuacja rozbawiła mnie w 80% i zirytowała w 20%. Aż przyszło mi do głowy, że gdy spotkam panią ponownie, jak będzie wychodzić, to uśmiechnę się z lekkim przekąsem i powiem coś w stylu „Bóle jak ręką odjął – a jeszcze pani recepty nie wykupiła”. Oczywiście tego nie zrobiłem, choć z gabinetu wyszła zdecydowanym i normalnego tempa krokiem (zdecydowanie nie krokiem przed chwilą prezentowanej zniedołężniałej osoby, a przecież dostała jedynie receptę).

Dlaczego ta pani, zamiast powiedzieć „mi zajmie to minutę, więc pozwoli pan, że wejdę po tym panu co teraz jest w gabinecie”, albo „ja tylko po receptę potrzebuję wejść, a już czekam do dłuższego czasu, mogę przed panem?”, to ona nic nie wspomniała, tylko urządziła mi teatr. Oczywiście, że bym przepuścił, a robię to jako efekt takiego wnioskowania: chciałbym, aby moją babcię, matkę lub kogokolwiek innego też przepuszczono w analogicznej sytuacji. Ona niestety nie wie, że bym ją przepuścił, a jedynie krzywdząco i niesłusznie domyśla się, że jestem niewychowanym chamem, który łokciem ją odepchnie aby tylko wejść samemu. Sądzę, że myśli tak dlatego, bo mierzy mnie miarą swoją lub swoich bliskich.


Babsztyli teatr

Takie teatry zgorzkniałe i niechętne otoczeniu panie reprezentują wielokrotnie i spotkać można je niemalże wszędzie.

Jest to ta sama koncepcja, która sprawia, że starsze panie trzęsą się jak galareta gdy stoją w autobusie, ale wsiadając lub dostrzegając wolne miejsce skaczą szczupakiem na pięć metrów w przód. Zgorzkniałe stare babsztyle, które mierząc swoim chamstwem innych, traktują ich tak, jak one są i zasługują sobie na bycie traktowanymi.

Szturchanie torebką w pustym autobusie, przepychanie się w przeróżnych miejscach, przechodzenie na czerwonym i wymachiwanie parasolem gdy się zatrąbi, skakanie na wolne miejsca, pochrząkiwanie nawet na siedzące kobiety w ciąży, wpychanie się w kolejkę u lekarza i wiele, wiele więcej – i jak nastolatki i młodzi dorośli mają być dobrze wychowani, skoro obserwują takie wzorce. Starszyzna tak się zachowuje, a ta konkretna pani wcale nie była „starszyzną”, to co dopiero za przykład z jej strony czeka młodszych, jeżeli przeżyje jeszcze nawet kilka dekad. Mająca być przykładem, jak też wiele innych, oczywiście także starszych od niej, zachowuje się tak okropnie. Na stwierdzenie „ale ta młodzież niewychowana” wystosowane ze strony starszego babsztyla można odpowiedzieć „tak jak nas wychowaliście”.

Boję się, że przez obserwację takich przypadków zacznę kiedyś reprodukować postawę i sam stanę się starym, cynicznym dziadem z absolutnym brakiem szacunku do otoczenia. Dzisiaj jeszcze mam tego świadomość, co skutecznie mnie przed tym chroni, ale co jeśli wraz z doświadczeniem świadomość ta zacznie „wysychać”?



P.S. Mam babcię i ufam, że jest sensowniejsza w swoich zachowaniach i postawach, ale niestety będąc z nią spokrewnionym jestem z założenia nieobiektywny i oczywiście traktowany przez nią inaczej niż osoba obca.


P.S.S. Oczywistym jest skąd wziął się poniższy skecz Monty Python’a.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz do “„Przychodzi baba do lekarza”, czyli cudowne ozdrowienia i złe wzorce

  • Ula

    Słowo ‚decyzja’ ma taki poważny wydźwięk. Wydaje się, że jak ktoś mówi, że podjął decyzję, to przeanalizował wszystkie za i przeciw, że tygodniami nie spał i nie jadł (oczywiście w przenośni), podczas gdy tak naprawdę decyzję podejmujemy milion razy w ciągu dnia. Jedne mniejszego kalibru, inne większego. ‚zjeść jabłecznik, czy zrobić brzuszki?’, ‚kupić bułkę czy śledzia, czy może jedno i drugie?’
    Milion decyzji często od siebie niezależnych. Często nie wpływających znacząco na ‚ciąg dalszy’ i często nie generujących żadnych wniosków. Stąd mam zgrzyt, gdy czytam to zdanie „Wraz z ilością podjętych decyzji zwiększa się prawdopodobieństwo, że kolejna podjęta decyzja będzie słuszna.” Moim zdaniem nic się nie zwiększa. Czasem – jeśli mamy do czynienia z osobą refleksyjną, owszem, ale zwykle nie zmienia się nic, poza ilością podjętych decyzji.

    Ok, czytam tekst dalej.