Komar komandos, komar ninja, komar szaman, komar kamikaze, komar terrorysta


To jest głupi wpis o niepoważnej, ale prawdziwej historii. Spisuję ją dlatego, bo okazała się ciekawa, lub wręcz paranormalna, okraszona przemocą i scenami akcji.


Niedzielny wieczór: pierwsze spotkanie

W weekend oglądałem wieczorem serial przy zgaszonym świetle leżąc w pościelonym łóżku. Planowałem zasnąć w trakcie oglądania. Nagle, znikąd zauważyłem przelatujący przed rozświetlonym ekranem obiekt. Był to komar. „No to świetnie” – pomyślałem. „W nocy będzie mnie ssał, a rano obudzę się wybąblowany i swędzący”. Wstałem i zapaliłem światło. Ani śladu po nim. Patrzę na żyrandol, bo może światło go ściągnie. Nic z tego. Ani śladu po komarze. Wracam do łóżka i dalej oglądam serial. Nagle słyszę cichy dźwięk bzyczenia przy prawym uchu. „To on” myślę robiąc wymach ręki. Zniknął. Zasnąłem.

Obudziłem się rano. Po kilku minutach, siedząc beztrosko na sedesie, zauważyłem, że swędzi mnie łokieć. Łajdak mnie udziobał. Nie ważne, nie mam czasu o tym myśleć, bo szykuję się do pracy.


Poniedziałkowy wieczór: sztuka wojny Sun „Komaro” Tzu

Kładę się spać – procedura się powtarza. Łóżko, pościel, serial. Cień komara, identycznie jak dnia poprzedniego, przemyka przed ekranem. Nie widzę go, ale zupełnie nie skupiając się już na serialu wypatruję go w ciemności i nasłuchuje wysokiego dźwięku bzyczenia. Wandal mojego okładu krwionośnego ukrywa się w mroku letniej nocy. Wiem, że czeka przyczajony aż zasnę, albo krąży w oddaleniu rozkoszując się swobodą. Świecący ekran oświetla mnie leżącego w łóżku, więc wiem, że on widzi mnie wyraźnie, ale ja nie widzę go wcale. Pomimo stresu zasypiam.

Budzę się w nocy. Przewracam się na drugi bok połowicznie rozbudzony. Nagle, półświadomy, rejestruję okrutny bzyk gdzieś w okolicy twarzy. Uznałem, że najlepszą taktyką będzie udawanie, że śpię, aż on usiądzie na mym ciele i poczuję świąd – „wtedy dorwę tę bestię” pomyślałem. On jednak taktycznie okazał się lepszy niż ja. Najwyraźniej zrobił wywiad, z którego dowiedział się, że jednostajne dźwięki mnie usypiają – tykający zegar, buczenie lodówki, kapiący deszcz, albo jednostajne bzyczenie owada. Zahipnotyzował mnie tym dźwiękiem i uśpił. Wiem, że kanalii przyświecały te same motywacje, co gwałcicielowi dorzucającego tabletkę gwałtu napotkanej kobiecie.

Rano swędzi mnie broda pod uchem. Znów się mnie napił. Mógł pić ile wlezie. Gnój.


Wtorkowy wieczór: podstęp

Wiem co mnie najpewniej czeka. Znów mignął przed ekranem, na który patrzyłem już tylko wyczekując go – owada z piekła rodem – nawet nie myśląc o tym co się dzieje w serialu. „Jest, teraz cię dorwę chytry lisie, znaczy komarze” – pomyślałem uradowany. Wychodzę z łóżka i włączam żyrandol. Postanowiłem zastawić na niego pułapkę i obserwować jak się w nią złapie – gdy zbliży się do żarówki, to już tak łatwo w cień nie ucieknie. On jednak musiał wiedzieć o co mi chodzi. Wygrał. Na ekranie leci serial, a ja stoję w pozie gotowości do skoku na środku pokoju wpatrując się w żyrandol na suficie. Spuszczam wzrok i wtedy zdałem sobie sprawę, że łotr mnie oślepił. Wpatrzone w światło oczy przestały normalnie funkcjonować na kilka minut. Wiem, że w tej minucie jestem zdany na jego łaskę. Rozglądam się w przerażeniu. On pewnie siedzi gdzieś w kącie i bierze pobudzonego mnie na przeczekanie. Nie mogę używać wzroku, więc zatrzymuję się w bezruchu załączając wysokie obroty słuchu i echolokacji. Cisza. „Nie poddam się, wezmę cię metodą”. Gwiżdżąc, jak gdyby nigdy nic, udając zrezygnowanego ale też rozluźnionego, gaszę światło i kładę się do łóżka.

Zapalam latarkę w smartfonie i kładę go na kołdrze tak, jak w filmie pogromcy duchów kładli pułapki na zjawy – rzuca on rozszerzającą się łunę światła w sufit. Teraz światło mnie nie oślepia. Chcę go ściągnąć tą pułapką i mając go w zasięgu rąk udusić. Zmaltretować jego ciało, bestialsko ukatrupić jak psa… jak komara! On nie podlatuje. Nie sprowokowałem go. Poszedłem zapalić. Zaczyna brać mnie senność. Jeśli ofensywa nie wyszła, to muszę się przygotować do defensywy. Wyciągam prześcieradło i przykrywam nim wystające części ciała nieprzystosowane do bycia przykrytymi kołdrą – głowę i wystające fragmenty rąk. Zasypiał pozostawiając niewielki otwór na oczy i nos.

Rano obudziłem się z jęczmieniem na oku – tak początkowo myślałem. To nie był jęczmień. To była jego drańska próba trwałego oślepienia mnie. Pieprzona kreatura próbowała wyssać mi oko. „Która jest godzina?” myślę, bo już jaśniej niż ciemniej. Spoglądam na szafkę nocną – nie widzę telefonu, a to on jest moim budzikiem. Zrywam się z łóżka nie wiedząc która jest godzina i czy może się nie spóźniłem. Przypomniałem sobie, że zrezygnowany niepowodzeniem wieczorem wstałem aby zapalić papierosa i wziąłem ze sobą telefon aby wyłączyć latarkę w drodze. Biegnę do kuchni. Telefon leży. Sięgam. 5:30. Parszywiec próbował mnie pozbawić wzroku, a do tego nie pozwolił mi się wyspać. Łotr.


Środowy wieczór: ostateczne starcie

Zanim wieczór, to jeszcze praca za dnia. Zastanawiam się jakiego on może już być rozmiaru, skoro pije mnie bez ograniczeń już trzy dni (albo i dłużej). Myślę czy przypadkiem nie jest on już rozmiaru szczura, albo psa. A co jeśli wrócę do domu. Zamknę drzwi, odwrócę się w korytarzu, a on tam będzie stał. „Nie ruszaj się” krzyknie do mnie, a potem popchnie mnie od drzwi wejściowych i uniemożliwi mi ucieczkę, a dalej spęta kablem od żelazka i będzie mnie maltretował przez kolejne dni powoli wysysając ze mnie życie. A co jeśli któregoś dnia rano obudzę się, będę chciał wyjść z sypialni, a on będzie tam stał przy drzwiach. Trześnie drzwiami zamykając je i powie „a gdzie to się wybieramy?”, a potem ciśnie mną o łóżko i… nawet nie chcę o tym myśleć. Przecież jak będzie mnie jadł codziennie, to w końcu będzie większy niż ja. Trochę to zajmie, ale ma co noc 6-7 godzin, aby się posilać moją krwawicą – dosłownie!

Toosubmissive-hdWracam z pracy. Wykonuję obowiązki (pranie, gotowanie, sprzątanie). Wieczór. Plany ukończone. Gaszę światło. Nie mówię o tym na głos, ale jestem zbliżony w postawie do psa, który w kontakcie z innym kładzie się na plecach pokazując brzuch i gardło, a tym samym sygnalizując swoją uległość. Postanawiam zastosować defensywę – okryję się najszczelniej jak się da – tylko tyle. Jeśli mnie do jutra rana nie wyssie do końca, to będę myślał nad chemią albo czymś innym.


Przegrana i rezygnacja

Wtem dostrzegam cień czegoś na ekranie. „To on!”. Przechodzę w pozycję siadu płaskiego-prostego. Jestem blisko ekranu. Myślę o narzędziu zbrodni. Ręką go nie zabiję, bo zły kąt i pewnie uratuje się między palcami – tylko go ścisnę. Jednym palcem bym go rozkwasił, ale mogę nie trafić i jedynie go przepłoszyć. Ponadto ekran mogę przewrócić. Mogę wziąć tylko to co w zasięgu rąk – jak wstanę to go spłoszę. Poduszka, ale taka sztywniejsza, ozdobna nałóżkowa, a nie pościelowa. Mój plan – docisnę go tą poduszką, złamię mu skrzydło, nogę, cokolwiek – byleby utracił zdolność skutecznego i szybkiego przemieszczania się. Patrzę na wroga pełen jadu, w skrajnej furii, ale też skupieniu. Cios! Obracam poduszką jak nożem w ciele przeciwnika, aby zadać mu jak najwięcej obrażeń i bólu. Przytrzymuję poduszkę z pół minuty. Odsuwam ją. On. Monstrum odlatuje. Szybko, bo zaskoczone, ale zdecydowanie i jak gdyby bez żadnych obrażeń. Nieśmiertelny ciemiężca mego sennego zen ma za nic moje ofensywne taktyki.

Zdaję sobie sprawę, ze przegrałem. Jestem zdany na jego wolę. Może zginę. Myślę o tym, że moi bliscy nie zasłużyli na to, żebym swoją śmiercią sprawił im smutek i cierpienie. Nie mam wykupionego grobu – trzeba będzie kombinować. Do tego kredyt i ubezpieczenie, co do którego nie wiem czy pokrywa śmierć z komarzego aparatu gębowego kłująco-ssącego, bo jeśli nie, to zobowiązanie finansowe spadnie na rodzinę. Nie powiedziałem też nikomu, że chciałbym zostać skremowany, ale w sumie nie wiem, czy będzie co kremować.


Niespodziewany zwrot akcji

Postanawiam spełnić ostatnie życzenie. Jak skazaniec przed plutonem egzekucyjnym wstaję skręcić papierosa. Zapalam światło i spoglądam na półkę ze zwijarką, tytoniami i filtrami. On tam jest – siedzi na ścianie ponad półką. Patrzę przez chwilę na niego, gdyż znajduje się w idealnej pozycji do ciosu otwartą dłonią. Nie wiem, czy to szok po niedawnym ataku, czy też może go zaskoczyłem i oślepiłem, a może było to honorowe poddanie się i wystawienie na dokończenie dzieła przez adwersarza, ale nie umknął tylko siedzi. Kilka sekund wpatrywaliśmy się w siebie w kompletnym bezruchu. Powoli zaciskam dłoń. Szybkim, zwinny ruchem z niedużym wymachem zabiłem go uderzając pięścią w ścianę – nie otwartą dłonią, a pięścią. Zrobiłem to na tyle mocno, że słychać było tępy odgłos uderzenia w płytę, także za fakt ciszy wynikającej z wieczornej pory. Jeszcze przez chwilę dociskałem pięść do ściany, żeby po chwili odsunąć i spostrzec jego zgniecione truchło na knykci środkowego palca z zaciekiem krwi. Mojej krwi, która z niego wypłynęła.

Zapaliłem papierosa. Chcę płakać ze szczęścia. Myślę o tym, jak jeszcze przed chwilą życie przelatywało mi przed oczyma, a teraz uwolniłem się od oprawcy. Zaczynam zastanawiać się, czy on faktycznie nie wystawił się na pewną śmierć z moich rąk, bo honorowo uznał, że atak poduszką na monitorze powinien być udany. Niczym ofiara syndromu sztokholmskiego zaczynam mieć do niego szacunek, a nawet za nim tęsknić. Zasługiwał na szybką i bezbolesną śmierć po tym jak wykazał się umiejętnościami taktycznymi – to na pewno. Nie wiem czy tej nocy zasnę spokojnie.


Czwartkowe przedpołudnie: kamikaze zemsta zza grobu

carrie-remake-chloe-moretzNie mogę przestać o nim myśleć w drodze do pracy. Siadam za biurkiem – coś klikam, coś liczę, mija półtorej godziny. Około 9:30 widzę, jak w odległości kilkunastu centymetrów od mojej twarzy przed ekranem monitora przelatuje komar. „Chyba śnię, to… to przecież nie może być on” – pomyślałem autentycznie zaszokowany. Machnąłem ręką. Kilka razy próbowałem go pochwycić w garść, gdy on przelatywał w zasięgu ręki – bezskutecznie. Minęło kilka minut i zniknął. Liczyłem jakieś komórki w excelu i dlatego na chwilę o nim zapomniałem.

Klik, klik w to, piszu, piszu tam. Zaswędziała mnie noga pod biurkiem – wierzchnia część lewego uda, czyli tzw. „lap” z angielska, czyli tam gdzie leżałby laptop. Sięgam ręką pod blat aby się podrapać. Drapię się i czuję nierówność na nodze i coś pod paznokciami. Odsuwam się od biurka i widzę. Na moich jasnoszarych spodniach znajduje się dwucentymetrowa smuga mojej krwi i mam zakrwawione opuszki palców i paznokcie. Łajdak ssał mnie pod biurkiem w ten sposób, którego nikt nie preferuje. Czerwona smuga na spodniach jest ewidentna. Jakbym dostał okresu, i to tak krzywo. Teraz można sobie wyobrazić scenę jak upadam na kolana, odwracam twarz w niebo z zamkniętymi oczami i unoszę pięści jednocześnie krzycząc przeraźliwe „Nieee!”. Tego dnia mam plany równo po pracy, albo może w sumie już nie mam, skoro spodnie zbezczeszczone moją własną krwią. Przebiegła kanalia tak mnie podeszła, bo ostatecznie to ja sobie zgotowałem ten los – wiedział, że tak postąpię i zniszczę odzienie. Jego ostatni podryg zemsty. Ostatni, albo tak mi się przynajmniej wydawało.


Nie poddałem się, ale nie wygrałem

Pożyczam od koleżanki sól do przykomputerowych kanapek, której kilka szczypt trzyma w filiżance, a następnie udaję się do łazienki. Zdejmuję portki i zaczynam wcierać. Mija kilka krótkich minut. Przepłukuję wodą z mydłem i udało się – ledwo widoczne zabrudzenie. Sukces. Ale czy aby na pewno?

Umyłem ręce, ale już nie suszyłem bo przed chwilą dmuchawa do suszenia dłoni działała ze dwie minuty nieustannie gdy suszyłem spodnie – postanowiłem oszczędzić jej pracy. Otwieram drzwi i robię krok w przód i kto idzie równo przed toaletą? Szef. „Dzień dobry Adamie” mówi wyciągając dłoń. Ja w lewej dłoni trzymam filiżankę z solą, a prawą zaczynam ocierać o lewe ramię koszuli w celu jej osuszenia – nie wygląda to elegancko, ale nie podam mokrej ręki. Podaję dłoń mówiąc „dzień dobry”, na co szef odpowiada spoglądając na filiżankę „a co ty tam robiłeś – jakieś próbki zbierałeś?”. Nie wiem czy brnąć w historię od ukąszenia w nogę, czy po prostu przytaknąć z rezygnacją, bo przecież wstydu już sobie nie oszczędzę. „Nie, komar mnie ukąsił i spierałem krew z ubrania używając soli” powiedziałem wyciągając filiżankę w przód, gdy mówiłem o soli. „Aaa, no taaak” powiedział szef z przekąsem, tak samo jakby powiedział „ależ oczywiście, tak, tak, na pewno, aha”. Przecież nie podejdę i nie każę mu poślinić palca, wsadzić do filiżanki i polizać, żeby udowodnić, ze to nie kał, mocz lub nasienie. I tak oto wyglądam, jakbym szczał do filiżanek w pracy, albo srał do filiżanek, żeby potem patrzeć na to co znajdzie się w środku. Super – o taki wizerunek mi zawsze chodziło w oczach pracodawcy.


Plan komara

A co jeśli to był plan od samego początku – od niedzieli mnie nękał, aby w środę dać się pozornie pokonać, żeby potem, gdy moja czujność opadnie, spowodować że zbłaźnię się przed szefem. Wszystko starannie zaplanował. Wiedział kiedy szef wyjdzie z gabinetu – może nawet po niego zadzwonił udając kogoś z magazynu, do którego dojść trzeba mijając toalety. Sam wyciągnął wypełniacz z poduszki, abym go nie ukatrupił. Podstawił kogoś, aby po jego śmierci dał się zabić na mych spodniach. Zaplanował ten atak terrorystyczny co do szczegółu i pozostawił mnie w stanie nieustannego przestraszenia – dokładnie tak działają terroryści – zastraszają. Chyba wpadam w lekką paranoję. Co chwilę chlastam się otwartą dłonią po ciele jak jakiś masochista, bo czuję nerwoświąd, jak gdyby On na mnie usiadł. Nadal momentami macham ręką przy głowie, albo gwałtownie się odwracam myśląc, że go słyszę. Jak jakiś wariat.

Zostałem psychicznie zniszczony. Nie wiem co się wydarzy za pięć minut. Jestem w nieustannym napięciu. Nie wiem jak długo tak jeszcze mogę.


P.S. Wydarzenia miały miejsce między 7 a 11 sierpnia 2016 roku – spisałem je właśnie 11 sierpnia. Historia jest w całości prawdziwa, na co niestety mam świadków, a przerysowane mogą być jedynie porównania i interpretacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.