Moja metoda na pindy sklepowe


Po pierwsze – jakoś mi się ostatnio nie chciało pisać. Częstotliwość spadła. No cóż, na siłę nie będę.

Dziś mi jednak przyszło coś w miarę ciekawego do głowy – ballada o pindach sklepowych.

Dawno, dawno temu…

w czasach, których ja osobiście nie pamiętam, choć żywotem o nie zahaczyłem, istniały sobie sklepy nieobfitujące w towary. Wieszcze czasów tamtych pokazywały brud materialny i kulturowy w filmach – Bareja miał na imię jeden z nich. I to w tych oto niecudownych choć chętnie wspominanych czasach popyt przewyższał podaż, a więc też zarządcy i pracownicy sklepów mogli sobie pozwalać na więcej.

Scena ta to piękna… oby metafora z filmu Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz (1978).

Nie tak dawno temu pewna brunetka

w sklepie sieci Lewiatan w miejscowości niedużej taką mi historię przytrafiła. Wszedłem do przybytku i umieściłem w koszyku oryginalny napój colowaty, piwa cztery marki znanej, paczkę chipsów popularnych – wszystko to bo planowałem udać się na popracowe piwo. Gdy podszedłem do kasy poprosiłem jeszcze paczkę papierosów nie najtańszych. Pani podliczyła moje zakupy i powiedziała kwotę. Ja na to podałem jej kartę płatniczą, a ona w, co było absolutnie nieuzasadnione, odpowiedziała za bardzo oburzona „Proszę zapłacić!” wskazując na ten mały terminal do wpisywania PIN-u. Ja odpowiedziałem, że „moja karta jest już sfatygowana i nie działa zbliżeniowo” (co jest prawdą), a na to pani jeszcze bardziej oburzona – „to proszę włożyć i wprowadzić PIN”. Mój błąd, bo nie jestem przyzwyczajony do tych małych terminali. Zazwyczaj w takich sytuacjach kasjer(ka) mnie wyręcza, ale nie wymuszam tego.

Jednak w przypadku tak nieuzasadnionej arogancji powziąłem metodę. Odpowiedziałem pani najmilej jak potrafiłem „ależ oczywiście”, a następnie stałem równo cały czas patrząc jej w oczy z uśmiechem od ucha do ucha. Młoda pani patrzyła gdzieś po szafkach i pominęła mnie wzrokiem, ale w pewnej chwili (znudzona lub zgubiona) zawędrowała wzrokiem na moją twarz. Na ten widok otworzyła bardziej oczy i ociekła wzrokiem jak gdyby zakłopotana. Ja, prawie zęby pokazywałem tak się uśmiechałem. „PIN” padło od pani, na co ja szybko rzuciłem wzrokiem na automat, a następnie znalazłem go dłonią i zacząłem wprowadzać PIN „na czuja” odpowiadając – „już się robi, ależ oczywiście”.

Mi się wydawało, że pani miała wrażenie, że jestem niespełna rozumu – taki z resztą miałem zamiar. Od chwili, gdy pani okazała się być z nieuzasadnionych przyczyn pindą, to ja postanowiłem być nader uprzejmy. Śledziłem panią wzrokiem aż ściana mi ją zasłoniła cały czas się uśmiechając. Pani była zmieszana (i chyba odrobinę zlękniona).

I to jest moja metoda

Jak ktoś jest dla mnie w sposób nieuzasadniony i w skali za mocny nieuprzejmy, to ja odpowiadam odwrotnością – nieuzasadnioną i za silną w skali uprzejmością. Moje zachowanie wydaje mi się równie dziwaczne jak to którym oberwałem. To jest właśnie moja metoda.

Efektem takiego zachowania jest zaskoczenie, zgubienie i chyba wrażenie niezręczności osób, które metodą obrywają. Ja natomiast mam czyste sumienie – nie można mieć do mnie pretensji o nadmierną uprzejmość.

Nie jestem frustratem, który w relacji z człowiekiem musi mieć zawsze rację albo buntuje się dla buntu. Wychodzę z przekonania że „należy żyć i dać żyć innym„, ale też, i to chyba na pierwszym miejscu – „nie rób drugiemu, co tobie nie miłe„. Ponadto jestem młody i relatywnie szczęśliwy, a tym osobom (tak czasem zakładam) mogło zwyczajnie w życiu nie wyjść i stąd ta zgorzkniałość, którą tryskają jak fontanna bu już tego swoje nieszczęścia nie są w stanie ukryć. Życzyć mogę tylko sobie i każdemu kto to czyta, żebyśmy nie skończyli tak samo, bo wtedy dopiero uzasadnionym będzie tak skrajna zgorzkniałość do każdego.

Ponadto uważam, że takimi małymi działaniami można czasem ludzi odrobinkę wychować. Skoro nie można mieć do mnie pretensji o uprzejmość, a może ona właśnie w kimś aroganckim wywoła zakłopotanie, a może nawet (zaszaleję) refleksję, to z całego ambarasu nie ma prawa wyjść żadna krzywda lub cokolwiek złego – może wyjść nic, lub coś dobrego.

Ponadto, liczy się skuteczność. Skuteczność polegająca na tym, że jak pani recepcjonistka/pielęgniarka w przychodni potrzebuje poczuć, że rządzi to trzeba się odrobinę płaszczyć i być uprzejmym, aby osiągnąć wizytę w życzonym terminie. Jak się nie chce mieć potłuczonych jaj w siatce po powrocie do domu z warzywniaka, to trzeba pozwolić na grosik długu, być miłym i uśmiechniętym – bo tym się w praktyce będzie mierzyło skuteczność petenta/klienta, a nie tym, że będzie miał rację arogancją reagując na arogancję.

Taka logika

Przytoczę powiedzonko znane mi z j. angielskiego – „więcej much przyciągniesz miodem, a niżeli octem„. A zatem aby nie przegrać powinno się łapać te muchy na miód, nawet jeśli obrywa się czym innym. Ale jeśli to na skuteczności zależy, to czemu by nie zastosować mojej metody?

No chyba, że mi nie zależy. Ostatnio zmieniłem warzywniak, bo stoją dwa obok siebie, a w jednym zatrudniono pindę, która albo postanowiła z nieuzasadnionej niechęci mnie pominąć w kolejce, albo nie potrafi liczyć do dwóch. Bez względu na przyczynę – nie mam zamiaru się narażać nic z tego nie mając, bo tu akurat podaż jest większa niż popyt. Ekonomia życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.