Najdroższy i najlepszy hamburger w moim życiu 1


A dziś opowiem fajną historię z życia własnego.

Kiedyś miałem niesamowitą okazję pojechać do Chin.

hamburger_ChRL_01

Widok z okna hotelu Mingde Grand w Szanghaju – nieźle nas zakwaterowali.

Makau to bardzo charakterystyczne miejsce. W sumie do Szanghaju (w listopadzie 2013 roku) ale w Makau też spędziliśmy dzień. Okoliczność była następująca – pewne stowarzyszenie, do którego mi blisko, zorganizowało wyjazd dla przedsiębiorców określonej gałęzi przemysłu do Chin. W ramach wizyty miały miejsce spotkania biznesowe, rozmowy produktowe itd. Ludzie ci potrzebowali niedrogiego tłumacza polsko-angielskiego, ale za to gwarantowali pokrycie wszystkich podstawowych kosztów (transport, nocleg, wejściówki itd.). I napatoczyłem się ja. Od chwili gdy mi zadano pytanie minęło mniej jak kwadrans jak zarezerwowali bilet, a dwa tygodnie później leciałem już na trasie Warszawa-Helsinki-Szanghaj. Na przedostatni dzień wizyty zaplanowali niepośpieszne popołudnie i wypad do Makau. Dodam, że ludzie ci są zamożni będąc właścicielami największych firm danej gałęzi na skalę ok. 1/4 Polski. A ja miałem gwarancję bycia zawsze obok nich, pomimo, że nigdzie mi blisko do ich statusu materialnego. Ale, na moje szczęście, to się nie liczyło.

hamburger_ChRL_02

Wodolot, którym płynęliśmy z Hong Kong-u do Makau.

O ile komunistyczne Chiny można opisać dość łatwo, to trudno zrozumieć charakter relacji z Hong Kongiem i Makau, które nie stanowią z republiką ludową jedności ustrojowej. Może kiedyś to opiszę, ale nie o tym teraz. Liczy się to, że kiedy podróżowaliśmy dwie i pół godziny z Hong Kongu do Makau przechodziliśmy na miejscu odprawę celną. Niejedną z resztą. A podróżowaliśmy wodolotem. Ale nie takim zwykłym warmińsko-mazurskim, że się tak wyrażę – ten był naprawdę fajny. Ewidentnie maszyna kosztowała sporo, a przemieszczała się prawie bezszelestnie i bardzo szybko (powiedziane nam było, że około 100 km/h).

Dotarliśmy do Makau.

Makau to Las Vegas Chin – nic więcej nie potrzeba do opisu. Kasyna, hotele, bary, restauracje, kompleksy rozrywkowe – wszystko oddzielone barierą administracyjną od Chin właściwych, żeby nie godzić w komunistyczną politykę, ale dziwnym trafem bardzo łatwo dostępne wszystkim Chińczykom. Tam mieliśmy przygodę z transportem, ale ostatecznie jednak się udało. Wspomnę jedynie, że w grę wchodzili kanciarze, kłamcy i wąskie siedzenia pomyślane na chińczyków. To co my byśmy rozpatrywali w kategoriach małego busa na do 10 osób oni uznawali za 18-osobową limuzynę. I nie miał znaczenia status grupy, bo w przekonaniu Chińczyków Ikarus byłby jeżdżącym hotelem na 150 osób.

Kasyno Venetian za lasem żurawi. Tam ciągle coś się buduje. W całych Chinach.

Kasyno Venetian za lasem żurawi. Tam ciągle coś się buduje. W całych Chinach.

Jako, że czasu nie było wiele, a atrakcję można było wybrać tylko jedną, to zdecydowano, że odwiedzimy kasyno Venetian. Dowiedzieliśmy się, że jest największe, najbardziej wypasione i fikuśne w oferowanych atrakcjach. Podróż okazała się łatwiejsza niż myśleliśmy, bo kasyno zarabia na graczach, a wiec też na przystani mieliśmy podstawionych dziesiątki autobusów do różnych kasyn, które woziły za darmo na trasie terminal-kasyno. Jeździć można za darmo przez cały dzień. Jak tylko autokar się napełnia lub mija kilkanaście minut, to wyrusza w trasę. Przez szybę pojazdu naoglądałem się dużo. Miejscowość jest poszarpaną zbieraniną wysp u wybrzeży oceanu, a więc też miałem okazję widzieć fikuśne mosty, a nocą podświetlane widowiska. Tak czy siak – kasyno i hamburger.

W kasynie Venetian

Kasyno Venetian z bliska.

Kasyno Venetian z bliska.

był tłok. Wędrowaliśmy niejednoznacznie oznaczonymi ścieżkami. Na wielkich holach i deptakach przed budynkiem nie było ławek w myśl założenia – jak człowiek siedzi, to nie gra, a jak będzie chodził miedzy stolikami, automatami, restauracjami itd. to szanse, że przysiądzie do gry lub wsadzi juana lub dolara w automat są większe. Byliśmy głodni, więc poszliśmy za śladami jedzenie. Pierwotnie trafiliśmy błędnie do drogiej restauracji, ale w końcu ktoś nas uświadomił, że to na czwartym piętrze są restauracje.

Trafiliśmy na piętro restauracyjne.

Fragment czwartego piętra. Każdy „budyneczek” to inna restauracja. Ponad gzymsami podświetlone sklepienie udające niebo.

Fragment czwartego piętra. Każdy „budyneczek” to inna restauracja. Ponad gzymsami podświetlone sklepienie udające niebo.

Niesamowite widowisko. Całe czwarte piętro kasyna udawało Wenecję [LINK]. Restauracji było mnóstwo – setki być może. Wspólne stoliki na środku, a udające budynki ściany miały restauracje.

Od lewej: złotówki (Polska), euro (lotnisko Helsinki), dolar (do wymiany), juan (Chiny, Hong Kong), dolar hongkondzki (Hong Kong, Makau).

Od lewej: złotówki (Polska), euro (lotnisko Helsinki), dolar (do wymiany), juan (Chiny, Hong Kong), dolar hongkondzki (Hong Kong, Makau).

Na tym etapie nie zdawałem sobie już sprawy z tego ile mam pieniędzy. Nie miałem ich za wiele, ale z Polski wystartowałem z trzema walutami – złotówkami, euro i dolarami. Pamiętałem ile miałem złotówek, ile złotówek zamieniłem na dolary, a potem też ile miałem dolarów. W chinach zamieniłem dolary na juany chińskie. Pamiętałem już ile mam złotówek, euro, dolarów ze złotówek i juanów z dolarów. A gdy trafiliśmy do Hong Kongu, to jeszcze zamieniłem juany na dolary hongkondzkie. Czyli musiałem pamiętać ile mam euro, ile mam złotówek, ile mam dolarów zamienionych ze złotówek, ile mam juanów zamienionych z dolarów zamienionych ze złotówek, a na koniec pamiętałem ile mam dolarów hongkondzkich zamienionych z juanów chińskich zamienionych z dolarów amerykańskich zamienionych ze złotówek. Na koniec już interesowało mnie jedynie ILE mam pieniędzy określonej waluty, oraz ILE kosztuje dany produkt. Jeśli miałem tysiąc, to coś co kosztuje pięćdziesiąt jest tanie, a coś co kosztuje sześćset jest drogie – i koniec wnioskowania.

Kupiłem zatem hamburgera z frytkami oraz jednego, a później drugiego heinekena. Zapłaciłem, jak dobrze pamiętam, niecałe 200 dolarów hongkondzkich. To daje około 80 złotych polskich. Wiem, bo wtedy dolar ten przeliczać można było na szybkiego w głowie jako 0,4 złotówki – sprawdziłem konkretnie dopiero w Polsce. Nie mniej jednak…

hamburger był najlepszym jakiego w życiu jadłem.

Fragment elewacji „uliczek” czwartego piętra kasyna Venetian.

Fragment elewacji „uliczek” czwartego piętra kasyna Venetian.

Nie jestem fanem fast food-ów, niewiele zdarzyło mi się jeść hamburgerów, ale wiem jak powinno smakować dobre wołowe mięso mielone. Buła smakowała jak świeża. Zdaję sobię sprawę, że chińczycy, tym bardziej w kasynie, mogą stosować takie technologie przywracające jedzeniu świeżość, jakie nam się nie śnią. Z drugiej strony w kolejce stałem kilkanaście minut – obrót zatem jest. Bardziej należy martwić się o dostawy i magazynowanie, a niżeli o to, że nie zejdzie. Mięso było kruche i soczyste – stwierdziłbym nawet, że nie przeprawione, bo smakowało mięsem. Warzywa tak samo – smakowały tak jak powinny. I na koniec pyszne grube frytki. I jeszcze piwo.

Będąc uchodzonym do granic możliwości (za fakt wojaży z tego dnia oraz zmęczenia materiału za fakt ostatnich kilku) takiej porcji jedzenia nie wchłonąłem – za dużo. Tym bardziej jak dolałem piwo, które pomogło temu wszystkiemu napęcznieć w brzuchu. Żałowałem jak cholera, ale chyba bym się nie wytoczył stamtąd. W podróży nigdy za dużo nie jem, żeby nie obciążać żołądka w obliczu mnóstwa obowiązków (w myśl zasady: „Iść na akcję z pełnym żołądkiem? Czy ty wiesz co oznacza wtedy postrzał w brzuch? Śmierć na miejscu.”) i nieznajomości danej kuchni. Nie mniej jednak ten hamburger był uniwersalnie pyszny. Kilka osób jeszcze go jadło i jednogłośnie stwierdziliśmy, że był pierwszorzędny.

To jest jedno ze wspomnień mniej znaczących i słabiej obrazujących atrakcyjność miejsca pod względem kulturowym. Mam jednak ich wiele, pomimo upływu czasu. Podzielę się przy następnej okazji.

Na koniec film. Wszystkie zdjęcia i film zrobiłem swoją niemłodą komórką – jakość pozostawia wiele do życzenia, ale chciałem, żeby we wpisie były tylko własnoręcznie wykonane materiały audiowizualne.



A na koniec, jeśli ktoś by się zastanawiał czy Chiny są fajnym miejscem do odwiedzenia i zwiedzenia, to odpowiadam – TAK. Domyślam się, że skala takiej wyprawy jest dla wielu nieosiągalna (dla mnie także), ale jeśli ktoś miałby taką możliwość to, jeśli podobało mu się moje doświadczenie opisane powyżej, to niech weźmie mój głos na „tak” na rzecz Chin przy rozpatrywaniu możliwych miejsc wypraw.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz do “Najdroższy i najlepszy hamburger w moim życiu